okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 6/2018 >> Lemury jadły nam z ręki

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Madagaskar


Lemury jadły nam z ręki

Rafał Janicki
Ten most to pozostałość po francuskim kolonializmie
Dlaczego Madagaskar? Chyba nie muszę pisać, wiedzą to nawet dzieci. Owszem, lemury, ale nie tylko. Pomysł rowerowej wyprawy po Madagaskarze był Krzysztofa. Przygotowania trwały rok, ja zająłem się stroną techniczną. Organizowałem bilety, GPS-y działające off-line, uczyłem się podstaw malgaskiego, kompletowałem ekwipunek. Krzyś planował trasę i moc atrakcji. Półtora miesiąca przed wyprawą wszystko było gotowe. 
 
Byłem akurat z synami na rowerowej wyprawie po Austrii, Włoszech i Słowenii, kiedy otrzymałem telefon od kuzyna: zmieniam plany, zrobimy to inaczej niż wszyscy. I tak się stało.
Do Tôlanaro, na południu Madagaskaru, docieramy po trzech dniach podróży. W końcu wsiadamy na rowery i ruszamy. Przejeżdżamy pierwsze 15 kilometrów asfaltem, po czym nawierzchnia zmienia się w czerwoną, dziurawą drogę, z wieloma kałużami – tak już zostanie przez najbliższe sześć dni. Po przejechaniu 40 kilometrów pierwszą noc spędzamy w namiocie, obok chaty króla wioski. Nieodłącznie towarzyszy nam uczucie osaczenia. Aby odetchnąć, wyrywamy się z królem do baru oddalonego o cztery kilometry. Przez cały pobyt na Madagaskarze mamy wrażenie, że ktoś na nas patrzy, ale nie jest to powód do obaw, wręcz przeciwnie, wielu tubylców czuje się za nas odpowiedzialnych do tego stopnia, że otrzymujemy propozycje towarzyszenia nam w podróży, a nawet nocowania przy naszym namiocie lub z nami w chacie.
Drugiego dnia wyprawy przez chwilę nieuwagi zbaczamy z wyznaczonej drogi i błądzimy, tracąc około trzech godzin. Na szczęście zostaje nam to wynagrodzone, gdyż ku naszemu zaskoczeniu, szybciej niż się spodziewaliśmy, spotykamy pierwszego lemura. Nie wiedziałem, że te zwierzęta zrobią na mnie aż takie wrażenie – są uczuciowe, a ich łapki bardzo delikatne i miękkie.
Kolejny dzień to ciąg dalszy walki z drogą, z czerwoną, lepką mazią, z licznymi przeprawami przez kałuże, w których brodzimy aż po osie kół. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Rafał Janicki, Krzysztof Singer