okładka
okładka
strona główna w numerze nagroda Rowertouru kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2018 >> Na zupę do pustelnika

poradniki

Podręczny warsztat

Rowerowy niezbędnik to coś więcej niż kilka imbusów i podstawowych wkrętaków. Gdy spotka Was trudna sytuacja na szlaku,... »

Na szlaku >> Narew z prądem i pod prąd


Na zupę do pustelnika

Wojciech Osiński
Droga na skróty przez jedną z odnóg Narwi do pustelni w Odrynkach
Mazowsze jest płaskie i nudne, a Podlasie oklepane, wszyscy już tam byli i wszystko widzieli – krzywili się znajomi, gdy poznali moje plany wycieczek w te rejony. Bujda na resorach – podczas narwiańskiego tryptyku przeżyłem tak wiele i dowiedziałem się tylu ciekawych rzeczy, że jeszcze nie raz tam wrócę, bo te krainy to kopalnia ciekawych miejsc i zaskakujących historii.
 
Tak już mam, że lubię jeździć wzdłuż rzek. Na własne potrzeby ukułem taką teorię, że dawniej wzdłuż nich koncentrowało się życie, więc na pewno przeszłe pokolenia pozostawiły po sobie wiele mniej lub bardziej znanych i ciekawych miejsc. Ja je teraz odkrywam. I nawet, jeśli fakty nie do końca potwierdzają tę teorię, to tym gorzej dla faktów.
Lubię rzeki, ale lubię też wyprawy jednodniowe, a mało którą poważną rzekę da się zjechać w ciągu kilkunastu godzin. Nie inaczej jest z Narwią, która intrygowała mnie swoim pozornym leniwym spokojem już od dawna. Jak pogodzić te dwie sprzeczności? Cóż, trzeba po prostu... pokroić rzekę na kawałki. Narwi poświęciłem trzy wycieczki – z prądem i pod prąd – a każda z nich była na swój sposób wyjątkowa. 
Był chłodny, ale słoneczny poranek. Maszynista pociągu relacji Kraków – Białystok mógł być z siebie zadowolony. Skład, który miał doprowadzić do Warszawy Centralnej o godzinie 7:44, stanął w centrum stolicy punktualnie o... 7:44. Maszynista skontrolował przyrządy i z pewnością nie zwrócił uwagi na dwóch rowerzystów pakujących swe bicykle do jednego z przedziałów. Oni też byli zadowoleni, bo dostali w pracy wolne w dniu, w którym teoretycznie nie mieli na to szans. Wszystko szło zatem zgodnie z planem. Nic nie zapowiadało, że dla owej dwójki śmiałków ten dzień skończy się zupełnie inaczej, niż przewidywali. Ale – nie uprzedzajmy faktów.
Z pociągu wysiedliśmy z Mariuszem w Łapach. Każdy, kto pamięta lata 80., pamięta też kilogramowe paczki cukru z Łap.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 



Zdjęcie: Wojciech Osiński