okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2018 >> Bliski kontakt z ziemią kłodzką

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Ziemia Kłodzka


Bliski kontakt z ziemią kłodzką

Wojciech Osiński
Wśród Skalnych Grzybów czasem można było jechać całkiem wygodnie, ale w innych miejscach adrenaliny nie brakowało
Trzy wizyty w warsztacie naprawczym, dwie w izbach tortur i po jednej w szpitalu, mieście cudów, pałacu skandalistki oraz w podziemnym labiryncie. Przejechane pięć pasm górskich. Jazda po płaskim – rzadko. Powroty do kwatery – tylko nocą. Całkiem nieźle, jak na pierwszy w życiu rowerowy wypad w Sudety.
 
Przed wyjazdem postanowiłem, że nie będzie to tylko jeżdżenie po górach dla samego jeżdżenia po górach (choć to też byłoby na pewno przyjemne), ale że każdego dnia zobaczę lub przeżyję coś tak charakterystycznego, że pozwoli mi to zapamiętać i oddzielić go w pamięci od innych. 
Nie uwierzycie, ale się udało! I tak – pierwszego dnia zerwałem łańcuch, drugiego spotkałem potwora, trzeciego pękły mi szprychy w tylnym kole, czwartego złapałem gumę, piątego... No nie, nie będę zdradzał wszystkiego tak od razu. 
Już początek był obiecujący. Kłodzko przywitało mnie oberwaniem chmury, a ja siedząc na stacji pod skromną wiatą, uświadomiłem sobie, że nie mam gdzie mieszkać. To znaczy w ogóle mam, tylko w Kłodzku nie miałem. Niby człowiek wyciąga wnioski z pomyłek, ale jakoś nie wtedy, kiedy trzeba. Rok temu na podobnej wycieczce nie załatwiłem sobie wcześniej noclegu i ledwo uniknąłem spędzenia nocy na rynku w Starym Sączu. Teraz groziło mi to samo w Kłodzku. Nie było jednak tak tragicznie – do zmierzchu miałem jeszcze kilka godzin, ulewa się skończyła, a ja zdołałem nawet zjeść obiad i naładować ledwo dyszący telefon. Morale skoczyło do góry. Poprawiłem lodami, skoczyło jeszcze wyżej. Znalazłem kwaterę – euforia. Zostało jeszcze tylko zrobienie zakupów kolacyjno-śniadaniowych w pobliskim sklepie i już szykowałbym się do otwierania mapy i planowania poniedziałku, gdyby nie... chrup, chrup, trzask! 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Wojciech Osiński