okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2018 >> Jak było na Wschodzie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Polska północno-wschodnia


Jak było na Wschodzie

Andrzej Lewandowski
Odrestaurowany zamek w Tykocinie
Przyznam się, że miałem pokusę opisania mojego corocznego, rowerowego urlopu w standardowy sposób. To znaczy: pierwszy dzień – wysiadłem tu, pojechałem tam, po drodze było to i tamto. Drugi dzień – wstałem rano, ruszyłem do jakiegoś celu, po drodze widziałem to i to. Trzeci dzień..., czwarty..., ostatni... Było świetnie, jeszcze tu wrócę, tym bardziej, że nie widziałem tego i tego. Coś jednak spowodowało, że zrezygnowałem z tej metody. Była to ostatnia część „Shreka”.
 
Pamiętacie ten film? Kiedy ogr, zmęczony coroczną rutyną, tym, że żyli długo i szczęśliwie oraz że „było im zielono”, postanowił nieco zamieszać w swoim życiu, co doprowadziło do poważnych komplikacji? Ja wprawdzie nie jestem jeszcze znudzony rowerowaniem i długo nie będę, ale codziennie było mi zielono. Taki tam mają klimat. Jest zielono, są lasy, łąki, krowy, bociany, natura, którą cały czas chłonie się z siodełka. Dlatego opisując wyjazd, musiałbym co kilka zdań wtrącać, że „było mi zielono”. Kto by to wytrzymał?
Za to najczęstszym pytaniem po powrocie z każdych wakacji jest: „Jak było?”. Postaram się zatem powiedzieć coś więcej niż „było fajnie”.
Miejmy to z głowy. Było naprawdę zielono i to codziennie. Począwszy od pierwszego dnia – wyjazdu z Giżycka i drugorzędnych, mało uczęszczanych dróg wschodniej części województwa warmińsko-mazurskiego oraz przez całą drogę wzdłuż północnej granicy naszego kraju, prowadzącą od Gołdapi poprzez Pluszkiejmy, Żytkiejmy, Wiżajny i inne miejscowości o równie ciekawych nazwach, aż do Puńska, stolicy polskich Litwinów. Muszę nadmienić, że do tej pory niewiele jeździłem po tej części Polski, w zasadzie raptem dwa dni. Jednak dwa dni spędzone cztery lata temu w okolicach Ełku wystarczyły, żeby podjąć mocne postanowienie powrotu. Oczywiście, na rowerze. Jadąc samochodem, traci się prawie wszystkie wrażenia. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 
 
 


Zdjęcie: Marek Rokita