okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2017 >> Łączy ich wspólna droga

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Pamir Highway


Łączy ich wspólna droga

Lidia Niklewicz
Kirgistan, po opuszczeniu Pamiru, nasze oczy ciągle cieszą piękne widoki
Lotnisko w Sztokholmie. Moloch, zgiełk, hałas – to wszystko przytłacza. Jak małe mrówki taszczymy nasze ogromne bagaże. Niezorganizowana obsługa piętrzy problemy z odprawą. Czas biegnie nieubłagalnie, więc i my musimy biec, a w głowie tylko trzy słowa: gate numer 16. Niestety brakuje minut i u celu nie czuję się jak zwycięzca maratonu. 
 
Stoję jak słup z opuszczonymi ramionami, oczy mam wlepione w samolot, który właśnie szykuje się do lotu. Nie ma tam nas. Łzy same cisną się do oczu, emocje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem. Biegam jak opętana, pada wiele niekontrolowanych przeze mnie niecenzuralnych słów. Samolot ze Sztokholmu do Rygi leci bez nas, a wraz z nim moje marzenie, marzenie o Pamirze, i część naszych bagaży. Z ogromnym smutkiem zadaję sobie pytanie: czy tu się kończy nasza przygoda? Otóż nie! Nie był to ani początek, ani koniec naszej wyprawy. Udało się polecieć następnym lotem. 
Pierwszy krok z samolotu – lotnisko w Duszanbe i pierwsze uderzenie suchego, niesamowicie gorącego powietrza. Wszystko we mnie tańczy. Czy to na pewno tylko powietrze? Uśmiecham się, znów łzy i emocje, przeogromna radość. Biorę głęboki oddech, myśląc naiwnie, że powietrze w płucach powie mi wszystko, co nam przyniesie ta droga. Zadaję sobie mnóstwo pytań, jak przystało na początkującego sakwiarza. Niestety pozostają one bez odpowiedzi. Czuję się jak małe dziecko, które stawia pierwsze, bardzo niepewne kroki. Ale po upadku podnosi się i próbuje dalej. Przykre emocje, które towarzyszyły mi na lotnisku w Sztokholmie, odeszły gdzieś w niepamięć. Mamy rowery, bagaże, siebie oraz nieznaną drogę przed sobą. 
Wreszcie pedałujemy (tego momentu nie mogłam się doczekać najbardziej) w stronę hostelu opustoszałą, asfaltową ulicą, po upalnym dniu spryskiwaną przez maszyny. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Lidia Niklewicz