okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2017 >> Kiedy powietrze parzy

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na szlaku >> południowa Hiszpania


Kiedy powietrze parzy

Michał Sitarz
W kanionie rzeki Júcar
Poniekąd w konsekwencji kilku ostatnich zamorskich wojaży tym razem przyszedł czas na podróż bardziej ekonomiczną, mocno niskobudżetową. Za parę groszy. Tanie bilety lotnicze, solidnie wyeksploatowany ekwipunek, nadwerężone opony pamiętające jeszcze pustynię Namib, mongolskie stepy i wysokie andyjskie przełęcze. Brak bardzo gruntownych przygotowań oznaczał również sporą dawkę improwizacji. Nakłady są minimalne, przecież przed nami „tylko” Hiszpania.
 
Co w tym roku tak mało egzotycznie? Hiszpania? Byliśmy tam z dziećmi. Trochę dużo ludzi na plażach i dosyć wysokie ceny hoteli. Takie oto demotywujące słowa słyszymy przed naszą podróżą. Jednak mamy wielką nadzieję, że my jedziemy do zupełnie innej Hiszpanii niż znajomi i znajomi znajomych. Że naszą Hiszpanię i ich Hiszpanię będzie łączyła jedynie zbieżność nazw. Bo my pragniemy niespiesznie wędrować przez krainę niezmienioną od stuleci, przemierzać prowincję w znikomym tylko stopniu skażoną przez współczesną cywilizację. Spoglądając na mapę, dochodzimy do wniosku, że południe oferuje więcej niezamieszkanych przestrzeni, małych dróg, odludnych szlaków i zapomnianych wiosek. A my właśnie przyjeżdżamy po to, żeby się zgubić, być jak najdalej od miejsc popularnych, gwarnych i ruchliwych. 
Madryt. Na lotnisku skręcamy rowery. Jest dosyć późno. Nie ma wielkiego sensu wieczorem jechać przez przedmieścia. Wcześnie rano pojedzie pociąg regionalny do Walencji, wysiądziemy gdzieś po drodze. Na dworzec kolejowy Chamartin dojeżdżamy metrem. Przed północą jest on zamykany. Na zewnątrz raczej pusto i ciepło. Kładziemy się na drewnianym podeście. Po 30 minutach snu budzą nas krople deszczu. Najpierw spadają nieśmiało, po chwili przeradzają się w ulewę. Przenosimy się pod zadaszenie. Leje jak z cebra, błyskawice co rusz rozświetlają niebo. Powietrze się przyjemnie schładza. 
 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Michał Sitarz