okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2017 >> Na gorąco smakuje najlepiej

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Boliwia


Na gorąco smakuje najlepiej

Wojciech Ganczarek
Droga gruntowa z San Rafael do San José: zieleń dookoła, błękitne niebo i święty spokój bez zakłóceń

Pierwsze drzewo od… No właśnie, od jak dawna? Radość objawia się automatycznie, bez mojej wiedzy. Gdybym mógł wówczas siebie zobaczyć, powiedziałbym: zobaczyłem, jak uśmiech wypływa mi na twarz. Nie widziałem się jednak, napiszę więc: poczułem, jak kąciki ust podnoszą się milimetr po milimetrze.

Dla rowerzystów Boliwia to płaskowyż Altiplano. Może nie zawsze i nie dla wszystkich, ale na pewno – zazwyczaj. Boliwia,  czyli 200 kilometrów po Salar de Uyuni – solnisku, pozostałości po wyschniętym słonym jeziorze; księżycowe krajobrazy od La Paz po argentyńską lub chilijską granicę, ból głowy, zimno i brak tlenu na prawie czterech tysiącach metrów nad poziomem morza. Ale wystarczy bardzo powierzchownie rzucić okiem na mapę Boliwii, aby przekonać się, że oprócz szarawej plamy oznaczającej góry mamy również plamy zielone (dżungla) i żółte (pampa). Mało tego: plama szara jest stosunkowo mała. Tak naprawdę zimne Altiplano zajmuje zupełnie niewiele, bo tylko nieco ponad jedną czwartą boliwijskiego terytorium. A co z pozostałą, nizinną strefą kraju? Jak smakuje Boliwia na gorąco?
Zawsze byłem dobrym uczniem i studentem, więc zadanie domowe odrobiłem na pięć. Górskie rejony objechałem ze starannością godną Białorusina (tu taka dygresja: bo jakby Czytelnik nie wiedział, Białorusini są Niemcami wśród Słowian, warto propagować takie pozytywne stereotypy o sąsiadach). Po peruwiańskim rajdzie brzegiem jeziora Titicaca wpadłem do Copacabany, gdzie za bezcen kupiłem nowy i całkiem porządny śpiwór puchowy. Dalej przez La Paz, Oruro i Challapatę zjechałem do Salinas. Dalej La Paz, Oruro, Challapata, zjazd na Salinas, Wigilia Bożego Narodzenia z nocną załogą szpitala, kolejno bezdroża białych tafli Salar de Uyuni i dwieście kilometrów nowego asfaltu aż do Potosi.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


 



Zdjęcie: Wojciech Ganczarek