okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1 (11)/2009 >> Najpierw kąpiel, potem fajerwerki

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na szlaku >> Bieszczady


Najpierw kąpiel, potem fajerwerki

Kalina Stachowiak
Na Biskupim Łanie (zjazd do Woli Niżnej)

Mogły być wykwintne wnętrza, balowe stroje i szampan. Owszem, szampan był, ale tylko „po łyku”, był też śnieg, a mróz nie pozwalał za długo stać na dworze. Na naszych rowerach w ciągu trzech dni przejechaliśmy 120 kilometrów, a nowy rok powitaliśmy w Chacie Elektryków. A mówili, że takiego sylwestra, z dojazdem rowerem, trzeba sobie wybić z głowy. Chyba że jest się szaleńcem.

Zaraz po Bożym Narodzeniu, na dworcu Warszawa Centralna wsiedliśmy w pociąg do Zagórza. Stolica wciąż dojadała świąteczne smakołyki lub odpoczywała po kulinarnych uciechach, więc widok pary śmiałków z rowerami budził zasadne zainteresowanie, połączone z lekkim niedowierzaniem, czy aby na pewno oczy nie kłamią. Nie kłamały.
W ubiegłym roku, pod koniec grudnia, śniegu było niewiele. Z Zagórza ruszyliśmy w stronę Leska (droga nr 84) i na rozgrzewkę zafundowaliśmy sobie mozolny podjazd, który po paru chwilach intensywnej wspinaczki zrewanżował się nam… długim zjazdem. Mimo frajdy czuliśmy, jak mróz daje się we znaki i szczypie we fragmenty skóry nieosłonięte kominiarkami. Po mniej więcej 9 kilometrach dotarliśmy do rynku w Lesku. Posilając się słodką herbatą z termosu i nadrabiając tym samym spalone kalorie, przyjrzeliśmy się miejscowemu ratuszowi z końca XIX wieku. Dla porządku dodam, że tuż obok znajduje się Bieszczadzkie Centrum Informacji Turystycznej, z którego można skorzystać w razie wątpliwości lub pytań. Dalej pojechaliśmy do miejscowości Glinne, po lewej stronie mijając mały parking i bar „Pod kamieniem”. Warto się zatrzymać tu na chwilę, choćby po to, aby zobaczyć stojący kawałek dalej, w lasku, jeden z najbardziej oryginalnych pomników przyrody w regionie – Kamień Leski. To ogromny piaskowiec o wysokości ponad 20 metrów. Adepci wspinaczki wdrapują się na jego wierzchołek, skąd podziwiają okolicę.
Wróciliśmy na główną drogę. Chcąc zająć głowę czymś innym niż myślenie o zimnie, ćwiczyliśmy wyobraźnię i słowotwórstwo, zachwycając się widokami na dolinę Sanu i pasmo Gór Słonnych. Po 3 kilometrach od miejscowości Glinne zjechaliśmy z głównej drogi w prawo, zostawiając za sobą szum samochodów.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Kalina Stachowiak i Paweł Hańczur