okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 1 (11)/2009 >> 1 (11)/2009 >> Orientalne puzzle

poradniki

Z węża lub butelki

Bidon pełen wody jest tak samo ważny jak zapasowa dętka czy podręczny zestaw narzędzi. Bez częstego nawadniania nie ma mowy o wydajnej i... »

Wyprawa numeru >> Syria » Jordania » Izrael » Cypr


Orientalne puzzle

Przemysław Kapuściński
W drodze do Jerozolimy

Pomysł poznania Bliskiego Wschodu dojrzewał w nas powoli. Syria, Jordania, Izrael, Cypr… Zamki krzyżowców, Petra, Damaszek, Betlejem. Współistnienie świata chrześcijaństwa i islamu. Rower – jako środek lokalnego transportu – nie budził żadnych wątpliwości. Nie ogranicza, za to pozwala widzieć dalej i czuć więcej. W środku polskiej zimy zapakowaliśmy rowery na dach mojego wysłużonego citroëna i we troje wyruszyliśmy na podbój bliskowschodniego tygla.

Pierwszy etap – z Wałbrzycha i Wrocławia – zakończyliśmy w Warszawie, gdzie czekał na nas Bartek, a w ambasadzie syryjskiej niezbędne wizy. W Krośnie dopakowaliśmy jeszcze wehikuł Bartka i bagaże. Nasz pojazd, z rowerami na dachu, w środku zimy, musiał się prezentować dość osobliwie. Z Krosna ruszyliśmy już we właściwą trasę, przez Słowację i Węgry do Rumunii. Stan rumuńskich szos przyprawiał nas o ból głowy, gdyż podróż nocą po nieoznaczonych i dziurawych drogach była prawdziwym wyzwaniem. Z trudem, błądząc we mgle, trafiliśmy na rumuńskie przejście graniczne w Giurgiu. Bułgaria okazała się niewiele lepsza. Dopiero przekroczenie granicy tureckiej poprawiło nam humory. Doskonały stan tamtejszych autostrad pozwalał podróżować z normalną prędkością. W końcu, po przejechaniu 3500 kilometrów, zaparkowaliśmy auto na stacji benzynowej w pobliżu granicy z Syrią. Prowadzący ją dobrzy ludzie pozwolili nam zostawić „cytrynkę” na całe trzy tygodnie i obiecali, że będą jej doglądać. Po trzech dobach spędzonych w aucie z wielką ulgą wsiedliśmy na ukochane rowery.
Pierwszą noc spędziliśmy jeszcze w Turcji, pod syryjską granicą, za miejscowością Yaladagi, gdzie w urokliwym zagajniku rozbiliśmy namiot. Dopiero nazajutrz wjechaliśmy do Syrii, na dzień dobry pozwalając sobie na szalony zjazd. Od pierwszych chwil ujęła nas arabska gościnność. Pogranicznicy z kałasznikowami w rękach rzucili na granicy: „Welcome to Syria” i od tej pory każdy chciał być nam przyjacielem. Namiot, który wieźliśmy ze sobą, okazał się bezużyteczny i to bynajmniej nie z powodu ciepłych i bezchmurnych nocy. Otóż, codziennie wieczorem przyjmowaliśmy zaproszenie na nocleg u dopiero co poznanych ludzi. Życzliwość i bezinteresowność mieszkańców trudno wyrazić słowami.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Przemysław Kapuściński