okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2017 >> Dwunasta

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Dwunasta

Weronika Leczkowska
 
Sobota to dla mnie cudowny czas – kiedy cała rodzina odsypia trudy tygodnia, ja wstaję o świcie i mam czas aż do południa, by nacieszyć się rowerem. To oczywiście też forma odpoczynku po trudach tygodnia, tyle że aktywna. Czasami ruszam przed siebie już spod domu, często jednak wsiadam z rowerem w dowolny pociąg, który wywozi mnie gdzieś w nieznane – docieram w ten sposób do miejsc, do których w tak krótkim czasie rowerem bym nie dotarła. Dziś pociągiem ruszyłam do Łowicza, urokliwego miasteczka, 50 kilometrów szosą od domu (czyli jakieś 70 „po mojemu”, przez leśnie rozstaje i bagna). Zaspałam nieco (już szósta?), wybiegałam więc w pośpiechu i nie zabrałam ze sobą prawie nic, prócz portfela. Niespecjalnie się tym zmartwiłam, bo cóż więcej podczas tak krótkiej przejażdżki mi trzeba, oprócz kawałka bułki dostępnej w każdym wiejskim sklepie? Pociąg wyjątkowy jakiś, stary i rozklekotany. Wagon rowerowy z „gadającymi” oknami i wiecznie rozsuwającymi się drzwiami uśpił mnie już po kilku minutach. Z zamkniętą powieką przejechałam Łowicz i jeszcze kilka innych stacji. Potem nastąpiła krótka panika, pospieszne zbieranie roweru i wyskakiwanie z pociągu niemalże w biegu. A gdy już wylądowałam na peronie, odruchowo sięgnęłam do kieszeni po GPS. Nie mam! No to telefon z internetem przynajmniej. Hm, też nie mam. Mapa? No nie, papierowa mapa to przeżytek, z którego już dawno zrezygnowałam.
Stoję więc o siódmej rano na maleńkiej stacji kolejowej Zosinów, pozbawiona zdobyczy współczesnej techniki, i nie mam pojęcia, co dalej robić. W lewo dziurawa szosa, w prawo dziurawa szosa – w którą stronę jechać, by dotrzeć do domu? Wchodzę do otwieranego właśnie sklepu, kupuję bułkę, pytam, którędy do mojego miasta. W odpowiedzi dostaję pieczywo oraz zdziwioną minę sprzedawczyni…
Byle wyrobić się do dwunastej, gdy pozostawiona w domu, zmęczona życiem młodzież zgłodnieje na tyle, że postanowi wylec ze swoich pokojów do kuchni. Zjemy wtedy razem śniadanie i nasze życie rodzinne znów zsynchronizuje się na chwilę na jednym wspólnym torze. Taką mamy umowę i powinnam jej przestrzegać. No dobra, ale którędy na to śniadanie? Myśli wędrują do zamierzchłych (acz ciągle jeszcze niezapomnianych) czasów, gdy podróże bez GPS-u i internetu były normą… Już wiem! Chyba powinnam pojechać na wschód, czyli w stronę słońca.
I gdy tak sobie siedzę na betonie przed sklepem, jedząc suchą bułkę i popijając sok pomidorowy, doznaję niesamowitego, błogiego wręcz poczucia wolności – nie mam telefonu, nikt więc do mnie nie zadzwoni z pytaniem, gdzie jest chleb, a gdzie czyste skarpetki. Nikt również nie wyrwie mnie z kontemplacji nad cudowną przyrodą (żółte kosaćce kwitną właśnie na bagnach – czy jest coś piękniejszego?) tylko po to, by zapytać „a Ty znów na tym rowerze?”. A ja, popijając jogurt, nie będę sprawdzała na portalach, co na śniadanie jedzą dziś moi znajomi i co dziś zamierzają zrobić – jestem tylko ja, moje śniadanie, mój rower i moje totalne zagubienie w terenie. I taki właśnie rodzaj zagubienia od współczesności gorąco Wam polecam! 

Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu: www.wronabezogona.pl.