okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2017 >> Szlakiem Wielkich Jezior

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> z Toronto do Chicago


Szlakiem Wielkich Jezior

Bruno Koper
Na trasie rowerowej tuż przed Chicago
W oczach rowerzysty, który postanowił przejechać krainę Wielkich Jezior Północnoamerykańskich, startując z Toronto – stolicy kanadyjskiej prowincji Ontario – miasto wygląda jak bukiet szklanych drapaczy zasłaniających jezioro o tej samej nazwie. 
 
Wieżowce różnych stylów, wysokości, form i barw wyrosły chaotycznie jak grzyby po deszczu. Ich pionowa różnorodność z pewnością fascynuje amatorów szklanych wysokościowców, a awangardowych wspinaczy kusi najwyższy punkt miasta: ponadpółkilometrowa wieża CN Tower – symbol miasta. 
Kilkadziesiąt lat temu Toronto z prowincjonalnego, przemysłowego miasta stało się gigantyczną, sześciomilionową metropolią, kulturalną i polityczną stolicą prowincji. Miasto, w którym słychać ponoć 90 języków, zostało uznane za czwarte najprzyjemniejsze miasto świata. Poza granicami ścisłego centrum, Toronto zaskakuje dzielnicami, w których wiktoriańskie wille, wtopione w ogrody i parki, przypominają o angielskim rodowodzie metropolii, sięgającym XIX wieku. 
Zygzakiem przed siebie
Gdy rankiem wyruszam z Toronto, betonowa nawierzchnia trasy rowerowej Waterfront Trail, biegnącej wzdłuż jeziora, jest jeszcze sucha. Niestety, zaraz za Mississauga i Oakville moczy mnie deszcz, nie zostawiając suchej nitki. Leje jak z cebra, a znane z dużego zanieczyszczenia jezioro Ontario, choć ciche i bliskie, zdaje się być mglistym widmem. Muszę znaleźć motel, by wysuszyć nie tylko rzeczy i rower, ale także wytrzepać z mokrej głowy pesymistyczne myśli. O kempingu nie ma mowy. Drugiego dnia błądzę w powiatach Lincoln i St. Catharines na szczęście już pod słońcem, między winnicami, sadami, jeziorkami i lasami. Zygzakiem prostopadłych i równoległych dróg o nazwach ulic staram się dopedałować do Niagara Falls. W Kanadzie i USA gęsta, geometryczna siatka krzyżujących się pod kątem prostym szos jest największym kłopotem dla niewprawionego podróżnika. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Bruno Koper