okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2008 >> 400 kilometrów na czterdziestkę

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Styl życia >> życiowe rekordy


400 kilometrów na czterdziestkę

Przemysław Bajew
Przed Tomaszowem Mazowieckim byłem, jak widać, jeszcze całkiem świeży. Ale do czasu...

Chyba nie jestem w stanie rzetelnie się usprawiedliwić, dlaczego podjąłem decyzję, aby samotnie, na „góralu”, w ciągu jednej doby przejechać trasę z nadwiślańskich Puław do Poznania – odcinek przekraczający 400 kilometrów. Może chciałem w ten sposób uczcić swoje czterdzieste urodziny?

Pomysł był taki: wyjazd z Puław około drugiej w nocy, tętno „przelotowe” na poziomie 130 uderzeń na minutę (z czym wiązała się prędkość pomiędzy 24 a 26 km/h). Zaplanowałem sobie trzy lub cztery dłuższe przerwy. Miejsca postoju miałem wybierać na bieżąco. Poznań spodziewałem się osiągnąć pomiędzy godziną 23 a północą.
Mój plan legł w gruzach, jeszcze zanim na dobre zacząłem go realizować. Otóż w całej swej destrukcyjnej mocy ujawnił się wielki wróg kolarza – wiatr. Przez 19 godzin jazdy ani na chwilę nie odpuścił, a ponieważ postanowiłem twardo trzymać się narzuconego sobie reżimu tętna, były odcinki, które pokonywałem z prędkością zaledwie 20 km/h! W konsekwencji średnia z całej eskapady wyniosła zaledwie 22,3 km/h. Ale bałem się jechać mocniej, bo nie miałem dotąd żadnego doświadczenia w wielogodzinnej jeździe.
Wstałem po pierwszej w nocy. Była sobota. Ubrałem się nadzwyczaj sprawnie. Na „długi” strój kolarski założyłem seledynową kamizelkę „TIRoodporną”, bardziej ufając jej niż nowym „mrugadełkom”, jakie zamontowałem do swojego roweru. W końcu wyjechałem. Najpierw, niestety, tylko runda honorowa, bo zapomniałem wziąć mapę. Ale na wszelki wypadek nie chciałem już wchodzić do domu, by nie popełnić jakiegoś falstartu. Poczekałem na zrzut zaopatrzeniowy pod moim balkonem. Ruszyłem główną ulicą Puław. Ruch pojazdów niemal zerowy, ale chodniki zapełnione powracającymi z dyskotek młodymi ludźmi.
Potem był już tylko most na Wiśle, po którego przejechaniu zapadłem w ciemność. Jechałem tak aż do granic Radomia. Dopiero na jego przedmieściu zaczęło się rozwidniać. Zastałem budzące się do życia miasto, handlarzy rozkładających skrzynki, wędkarzy na przystankach autobusowych i powracających z piątkowych imprez. Za miastem było już zupełnie jasno. Mogłem zdjąć kamizelkę odblaskową. Wiatr wciąż nie odpuszczał, nie zmieniał kierunku...

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Przemysław Bajew