okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2017 >> Ciemnościom na pohybel, jadę na Przehybę!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Beskid Sądecki


Ciemnościom na pohybel, jadę na Przehybę!

Wojciech Osiński
Trzy Korony widziane z mostu polsko-słowackiego
Urlop w ostatnich dniach sierpnia spadł mi właściwie z nieba. Od razu wiedziałem, że wykorzystam go na kilkudniowy wyjazd rowerowy. Plany czekały od zimy, tylko co tu wybrać? Nierowerowy kumpel dzielił się kiedyś wrażeniami: Beskid Sądecki jest świetny – dobrze oznakowane szlaki, schroniska, niezłe widoki, ale na rowerze ciężko, nie dasz rady. Ja nie dam rady?!
 
No dobrze, przyznaję się od razu – nie jestem sakwiarzem i nie przepadam za nocowaniem w namiocie ani wożeniem ze sobą kuchenki, śpiwora i całego tego majdanu. W ten sposób podróżowałem tylko dwukrotnie – trzy tygodnie na Kubie i tydzień na Suwalszczyźnie. Nie powiem, było fajnie. Miłe towarzystwo, wspaniałe trasy, dużo ciekawych doświadczeń. Ale kiedy tylko się dało, chwytałem mały plecak i, lekki jak piórko, ruszałem na podbój okolicy. Tak, jednodniówki i jazda na lekko to właśnie mój żywioł.
Postanowiłem, że z Warszawy do Krakowa pojadę pociągiem, a stamtąd w okolice Nowego Sącza już rowerem przez Beskid Wyspowy, którego jeszcze nie poznałem, a słyszałem, że jest trudny, i chciałem się o tym przekonać. Noclegu na miejscu nie rezerwowałem, bo przecież „w takim regionie kwater na pęczki”. Założenie okazało się błędne, ale o tym potem.
Zresztą miałem na głowie poważniejsze zadanie niż szukanie noclegu. Postanowiłem bowiem zostać królem minimalistów i spakować się w mój codzienny 20-litrowy plecak, zakładając, że zabieram klapki, najważniejsze rowerowe ciuchy na zmianę, a resztę przydatnych rzeczy dostanę na kwaterze albo kupię na miejscu. Uprzedzę wątpliwości – koncepcja sprawdziła się w stu procentach!
Już po wyjściu z pociągu na dworcu Kraków Płaszów wiedziałem, że przez ten tydzień fortuna mnie nie opuści – okazało się, że z sąsiedniego peronu właśnie odjeżdża pociąg do Wieliczki, dzięki czemu ominął mnie przejazd przez pół wielkiego miasta, czego zawsze staram się za wszelką cenę unikać. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Wojciech Osiński