okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2017 >> Na dopingu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Na dopingu

Sławomir Bajew
 
Kiedy jestem w rytmie rowerowego szału, to znaczy, gdy dzień po dniu, bez względu na wzgląd (jak to mówią), wsiadam na rower i jadę do pracy, do domu, na próbę, na spotkanie czy w końcu po to, by wypocząć, wówczas nie ma problemu. Żadnego. Nie ocieram się nawet o pobliże najdalszej granicy braku. Czegokolwiek. A motywacji w szczególności. To takie naturalne jak rytm czuwania i spania. Jak uczucie szczęścia obecne najgłębiej w duszy i uświadomione najczęściej w dniu utraty. To tak naturalne jak oddech, o którym pomyślisz ewentualnie dopiero wtedy, kiedy się zasapiesz. 
Budzę się, oddycham szczęśliwy, wsiadam na rower i jadę. W rytmie cyklicznego cyklistycznego szału. Każde przekręcenie korby działa jak dozownik endorfinicznej pompy. A od endorfin – jak bez mała od wszystkiego – można się uzależnić. Codzienny ruch uznaję zatem oficjalnie za formę dopingu! Gołym okiem i uchem przekonuję się o skuteczności rowerowego speeda, gdy siadam przed mikrofonem. Jeśli mam akurat czas, by dojechać do pracy rowerem, wówczas cały mój człowiek (tj. ciało, psyche, dusza – są jeszcze inne warianty, ale ja najwyraźniej dysponuję tym modelem) działa jak należy. Z zewnątrz wydaje się, że emanuje z mojego człowieka niczym nieuzasadniony optymizm, a naprawdę jest to po prostu promieniująca zeń szczęśliwość z odbycia sesji dojazdowej na rowerze do pracy. Tylko tyle. Aż tyle! Kiedy widać najwyraźniej, czym jest dla nas ruch? Ano widać to w całej wyrazistości wówczas, gdy występuje jego brak. Kiedy zastygamy w zimowych kokonach, oczekując wiosny czy czego tam jeszcze. Szczęście i miłość czasem również definiujemy, kiedy już należą do przeszłości. Bywa, że czekamy niby to wiosny, a gdy ta nadchodzi, wciąż czekamy, czekamy, czekamy. I nie przestajemy czekać, bo nam dobrze w tym czekaniu się robi. 
Kokon wisi pokryty szronem i w rzadkich jaśniejszych chwilach omieciony promieniem słonecznym na zakurzonym strychu, zaczyna dojrzewać do ruchu. Lekko napęcznieje w ciepłym kwadransie. Lekko szron zwilgotnieje. Może wyrwie się zeń smużka siwej pary. I wtedy potrzebny jest inny doping. Zanim ruch stanie się nim, na wielkim areale życia potrzeba mi dopingu, by dotrzeć ze strychu na parter domu, a potem do furtki. Już wiele, wiele (jeszcze nawet wcześniej, wiele, wiele, naprawdę dawno) lat temu zauważyłem, co jest największym dla mnie dopingiem. Z pewnych przyczyn nie chcę wchodzić w szczegóły. Pozwolę sobie jednak na ciche westchnienie: drogie Koleżanki, wsiądźcie już na rowery! 
 
Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi  Listę Przebojów i pasmo południowe, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.