okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 4/2017 >> Kirgiz nie schodzi z konia. Czasem przesiada się na rower

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Kirgistan


Kirgiz nie schodzi z konia. Czasem przesiada się na rower

Marek Chądzyński
Na przełęczy Ala Bel Ashuu (3184 m n.p.m.). Ten wielki napis informuje nas, że jesteśmy na granicy obwodów dżalalabadzkiego i czujskiego
Nie jestem już miły. Przestałem być jakieś dziesięć kilometrów temu. Już nie uśmiecham się do dzieci pasterzy wybiegających z jurt i krzyczących: „Turisty, turisty, czaj, czaj”. Już mi się nie chce z nimi rozmawiać. A konkretnie to nie mam siły. Wyssały ją ze mnie kamienie i tarka drogi pnącej się od kilku godzin w górę, jedna awaria napędu, dwie złapane gumy, upał i kurz. 
 
Cel: przełęcz Kałmak Ashuu, a za nią jezioro Song-kul położone na ponad 3000 metrów n.p.m. Jest już popołudnie i jest jasne, że dziś celu nie da się osiągnąć. Serpentyny podjazdu zdają się nie mieć końca, a mi brakuje tchu. Uciekający czas dodatkowo pożera resztki morale. Cały misterny plan rysowany w Warszawie, jak przejechać rowerem Kirgistan w 12 dni, właśnie bierze w łeb.
Co innego Piotr. Zasuwa pod górę i wyraźnie coraz bardziej go wkurza, że musi się co chwilę zatrzymywać, by na mnie poczekać. Mnie denerwuje jego „No dawaj”, a już na pewno wcale mnie do niczego nie motywuje. Dociera do mnie, że góry Kirgistanu nie odpuszczą, kiedy wyczują frajera, który w trzy dni po przyjeździe zamierza od razu wjechać objuczonym rowerem na 3400 metrów bez żadnej aklimatyzacji. 
Aklimatyzacji nie robiliśmy, bo nie mieliśmy na to czasu. Nigdy nie mamy czasu. Dwóch facetów po czterdziestce, z rodzinami, etatami i kredytami do spłaty na głowie – nie stać nas na luksus jazdy rowerem całymi tygodniami. Dwanaście dni: tyle możemy poświęcić na swoją pasję, nie częściej niż raz na dwa lata. To założenie do tej pory działało, na przykład tyle czasu nam zajęło przejechanie 1200 kilometrów po Islandii w 2014 roku, kiedy zaliczyliśmy słynną drogę Kjolur przez islandzki interior. I tyle czasu mamy na Kirgistan. To dlatego – inaczej niż większość rowerzystów – nie pchamy się z Biszkeku na południe, do Tadżykistanu, by zaliczyć Pamir. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Piotr Teleon