okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2017 >> Smak zimy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Smak zimy

Weronika Leczkowska
 
Ale powiedz mi szczerze: po co? – zapytał mnie ostatnio znajomy, gdy dowiedział się, że znów biorę namiot i ruszam – dla sławy, rozgłosu, splendoru?
Siedzieliśmy właśnie zatopieni w rozmowie nad gorącymi kubkami z herbatą, za oknem królowała śnieżna zadymka. Była tak straszna, że w sumie nawet nie chciało mi się myśleć o tym, że już za chwilę będę musiała założyć zimowe rękawice z foki, włożyć sakwy na rower i ruszyć. Nie wspomnę już o tym, bym mogła jakoś racjonalnie wytłumaczyć tę potrzebę. – Po prostu chyba muszę – odpowiedziałam, sama nieco zdziwiona tym, co mówię.
Nie jestem z nikim umówiona – to mój własny plan. – Obiecałam sobie, że jak tylko spadnie śnieg, ruszam. Niezależnie od sytuacji w pracy i domu (no może wyłączając przypadki ekstremalne), niezależnie od temperatur za oknem. Kilka dni mrożenia policzków, walki z zimnem i wieczornymi skurczami łydek. Kilka dni pchania roweru przez śnieżne zaspy. Ma być dziko, ma być ciężko, ma być cicho. 
Kiedyś jeździłam z muzyką poważną. Świat wydawał mi się donioślejszy, a śnieg bielszy, gdy w uszach Bach rozbrzmiewał. Teraz muzykę zostawiam w domu – słucham ciszy i skrzypienia kół na śniegu, słucham siebie. Nasłuchuję też odgłosów natury (jest absolutną nieprawdą stwierdzenie, że życie w zimie zamiera!), tropię zwierzęta po śladach. No i oczywiście gdzieś jadę. Trochę bez celu, trochę w poszukiwaniu ludzi i miejsc magicznych – czap śnieżnych i sopli na dachu, wolno wijącego się dymu z komina, śladów małych stóp na śniegu. Magii, która nawet ze zwyczajnych miejsc wydobywa cudowne piękno…
Z całej tej zimowej tułaczki najbardziej lubię chyba właśnie wieczory. Te nastają szybko, bo już około godziny 20 zaczynam rozstawiać namiot. Najczęściej śpię w miejscach, jakie uwielbiam: w ciemnym lesie rozświetlonym skrzącym śniegiem, wyglądających jak obrazek z baśni ludów północy. 
Wskakuję szybko do śpiwora, gotuję wodę. Para wodna wypełnia na moment wnętrze mojego tymczasowego domku. Przygotowuję herbatę. Zwyczajną, czarną, z torebki. Piję – cóż za rozkosz! W jednej chwili mój skomplikowany świat staje się prosty i sprowadza się do nieskomplikowanych myśli. Nie ma wczoraj, nie ma jutra, jest tylko to, co teraz: zmarznięte dłonie, stopy i ciepło kubka. 
Gdzie dziś jestem? Gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej. Góry, biało, nieprzejezdne drogi. Stoję właśnie oparta o ramę roweru, w poszukiwaniu odrobiny ciepła wystawiam twarz do wychodzącego zza chmur słońca. I już wiem, co odpowiem mojemu znajomemu. Marzę właśnie o tej gorącej herbacie z cynamonem. Dokładnie takiej, jaką popijałam z nim kilka dni temu. Ale gdy już ją dopadnę, jakże inaczej będzie ona smakować! Dlatego właśnie musiałam pojechać! 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl.