okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 2/2017 >> Rowerem na sushi do Tokio

poradniki

Palcem po mapie

Błądzić jest rzeczą ludzką, jednak zagubienie podczas wycieczki rowerowej jest w stanie zburzyć radość, którą czerpiemy z jazdy.... »

Od drewna do karbonu

Nie ulega wątpliwości, że koło to jeden z najistotniejszych wynalazków ludzkości. Od tysięcy lat znajduje zastosowanie niemal we... »

Korespondencja >> Japonia


Rowerem na sushi do Tokio

Justyna i Szymon Michalscy
Dziewczyny ubrane w tradycyjne yukata przy świątyni Udo-jingū w Nichinan
Japonia to nasze marzenie, niegdyś takie odległe i nierealne. Warto jednak iść za głosem serca i realizować plany, nawet te na pozór nieosiągalne. Tak właśnie zrobiliśmy, uwierzyliśmy i zapadła decyzja. Bilety zakupione, rowery spakowane w pudła i odrywamy się od ziemi… by zjeść sushi w Tokio.
 
Samolotem z Gdańska przez Warszawę i Tokio docieramy do Kagoshimy – największego miasta na południu Japonii, skąd dzieli nas jeszcze trochę ponad 100 kilometrów od przylądka Sata na wyspie Kiusiu, najbardziej wysuniętego na południe punktu w kraju. To tu rozpoczynamy naszą trzymiesięczną przygodę. Druga noc na krańcu Japonii to ogromne emocje. Jedyny płaski teren znajdujemy przy świątyni sintoistycznej. Koło naszego namiotu biegają dziki i makaki, trwa pełnia księżyca, a do tego przesilenie wiosenne. Taka kombinacja może wróżyć tylko coś dobrego. Rano z klifów oglądamy wschód słońca nad Pacyfikiem i ruszamy w stronę przeciwległego końca kraju – przylądka Sōya, znajdującego się na północy wyspy Hokkaido. 
Pierwsze dni to adaptacja do nowego trybu dnia, aklimatyzacja i pierwsze „wow” na widok nowej rzeczywistości. Każdy nowy krajobraz, kolejna świątynia, samochód, potrawa, zapach, dźwięk powodują u nas salwy zachwytów. Następne dni to pierwsze, początkowo nieśmiałe spotkania z mieszkańcami. Do jednego z nich dochodzi przed świątynią na przedmieściach Kanoya. O szóstej rano zwijamy namiot, by nikt nie zauważył, że nocowaliśmy przy świątyni. Gdy już kończymy pakowanie, podchodzi do nas starszy mężczyzna i wręcza dwa omamori, czyli amulety na szczęście.
Na plaży koło Higashikushiry po raz pierwszy moczymy nogi w Pacyfiku – woda jest zimna. Przez następne dni niespiesznie pedałujemy przez górzysty teren, kierując się na północ Kiusiu. 
 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Justyna i Szymon Michalscy