okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2016 >> Mój sposób na jesienną chandrę

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Mój sposób na jesienną chandrę

Weronika Leczkowska
 
Późna jesień jest trudna do polubienia. Temperatura spada rano poniżej zera (ciężko się przyzwyczajam do zakładania kombinezonu narciarskiego do porannej jazdy na rowerze, ale czas zacząć!), cudowne kolory zostają gwałtownie wywiane przez wiatr w ciągu zaledwie kilku chwil. No i ten lodowaty deszcz spływający z kasku prosto w oczy. Jak to przetrwać? Gdzie szukać chwil rowerowego szczęścia? A może to o tej porze niemożliwe?

Dwa lata temu, dokładnie w okresie tej obrzydliwej słoty, udałam się rowerem nad morze. Dlaczego właśnie tam? Już jakiś czas temu odkryłam, że nasz Bałtyk poza sezonem jest zupełnie innym miejscem. Jest dziką niezadeptaną plażą, jest falą wynoszącą na brzeg niesamowite skarby, jest niczym niezakłóconym cudownym i kojącym szumem, jest tłumem rybitw bawiących się ze mną w berka na plaży. Nawet wielkie i tłoczne kurorty zamieniają się w małe, spokojne wioseczki, w których często trudno spotkać ludzi.
Przyjechałam pociągiem do Szczecina, stąd szybko ruszyłam na północ. Wjechałam na plażę późnym wieczorem, gdzieś koło Świnoujścia. Miałam szczęście, bo pogoda była (jak na tę porę roku) piękna, a piach dobrze ubity. Dosłownie kilka chwil zajęło mi dojechanie wzdłuż linii brzegowej do międzyzdrojskich klifów. Tu, leżąc nocą w śpiworze na plaży, poczułam, że jestem w raju. Szum, mimo że w nocy wydawał się być głośniejszy i lekko straszny, niósł w sobie jakąś tajemnicę i opowieść. Wzburzone fale rysowały się gdzieś w mrocznej dali białą pianą – czy to syreny? No i to uczucie, że w tej chwili to wszystko jest tylko moje...
Wtedy właśnie zrodziła się we mnie myśl, by przejechać polską część Bałtyku plażą, nie schodząc „na ląd”. Nie dla osiągnięć, sławy czy bicia rekordów, ale dla siebie, dla możliwości obcowania z morzem, trudnej walki z piachem, lodowatą wodą i wiatrem. Ale nie piach i nie deszcz były w tej podróży moim największym wrogiem, lecz ja sama. Ja, która już następnego dnia brnęłam z moim obładowanym rowerem w piachu po kostki i zastanawiałam się, czy może jednak nie zrezygnować z tego głupiego pomysłu (no bo po co się tak męczyć, skoro obok biegnie droga?). Ja, pokonująca moimi niezbyt szerokimi oponami (naprawdę, wyjeżdżając z domu, nie wiedziałam, że piach mi pisany, i zabrałam do mojego górala opony typowe na bitą, twardą drogę) dystans może 20-30 kilometrów z tak wielkim trudem, że wieczorem nie miałam siły rozebrać się do spania. Ja myjąca się w absolutnie lodowatym morzu, budząca się w nocy od gryzącego piachu włażącego dosłownie wszędzie… Bolące od pchania roweru ramiona i dłonie, bolące od zimna i wiecznie mokre stopy... No więc po co? Sztuka walki ze sobą, pokonywanie swoich słabości (czasami też zdrowego rozsądku) jest niebywałą przyjemnością. To są chwile, które mnie zmieniają na lepsze, czynią twardszą.
Wjeżdżając na plażę, byłam zmęczona pracą, domem i jesienią. Wychodząc kilka dni później z piachu we Władysławowie (nie dojechałam do końca, bo urlop mi się skończył, ale to bez znaczenia), choć umęczona fizycznie, byłam silnym człowiekiem, gotowym do stawienia czoła życiu. Nawet ta paskudna jesień przestała mi dokuczać, bo odkryłam coś niesamowitego – spadające na mój namiot krople deszczu o żadnej innej porze nie wygrywają takiej melodii, jak teraz, gdy wiatr szarpie nimi tak bezkarnie. Trzeba tylko umieć tę melodię usłyszeć! 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl