okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2016 >> Jasiem pod wiatr

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Islandia


Jasiem pod wiatr

Dominika Supińska
Pedałujemy po drodze nr 41 z Keflavíku do Reykjavíku
Jest prawie trzydzieści stopni. Ubrani w polary i przeciwdeszczowe kurtki żegnamy się z połową mojej rodziny, która postanowiła odwieźć nas na gdańskie lotnisko. Od razu widać, kto będzie leciał razem z nami w samolocie. Mama mówi, że dziewczyna w zimowej czapce chyba trochę przesadziła, a tata po raz ostatni upewnia się, czy wiem, na co się porywam. Nie wiem, ale przecież tego nie powiem. 
 
Samolot odrywa się od ziemi, a ja uświadamiam sobie, że nie ma już odwrotu. Trzy godziny później lądujemy na Islandii. Ja – dziewczyna zupełnie nielubiąca rowerów, Joachim – rowerowy maniak, który zawsze przeżywa każde rozstanie ze swoim ulubionym dwukołowcem, i nasz wspólny rower – lśniący nowością czarny tandem, zwany Jasiem.
Islandia znana jest z zapierających dech w piersiach widoków, zmiennej pogody i porywistego wiatru. O tym, że wieje (i to jak!), przekonujemy się już na samym początku naszej wyprawy. Składamy rower, pakujemy sakwy i, ledwo wyjechawszy z lotniska, orientujemy się, że łatwo nie będzie. Oczywiście dobrze wiedzieliśmy, jakich warunków możemy się na wyspie ognia i lodu spodziewać, ale skoro Joachim jeździ na rowerze nawet w śnieżycę i mróz, a ja wychowałam się nad Bałtykiem, żaden wiatr nie powinien być nam straszny. Jednak już pierwszego dnia dostajemy prztyczka w nos. Wita nas typowa islandzka pogoda. Robimy zaledwie kilka kilometrów w poszukiwaniu miejsca na rozbicie namiotu, a już jesteśmy wycieńczeni nierówną walką ze spychającym nas z drogi wiatrem. A to  dopiero początek.
Następny dzień wita nas obietnicą pogody umożliwiającej jazdę – nie spycha nas już z drogi, ale wieje prosto w twarz (tu chciałabym wymienić jedną z najważniejszych zalet tandemu – Joachim, dżentelmen siedzący z przodu, przyjmuje na siebie większość podmuchów). Mimo wszystko oboje cieszymy się jak dzieci, że chociaż wolno, ale możemy wreszcie jechać! 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Dominika Supińska