okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2016 >> Na obcasie włoskiego buta

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Włochy - Apulia


Na obcasie włoskiego buta

Aneta Góralczyk
Miasteczko Viste położone na malowniczym półwyspie Gargano
No i stało się. Po latach marzeń i planów startujemy w rowerową podróż po Apulii – obcasie włoskiego buta. Niby wszystko było dopięte na ostatni guzik, a wyszło tak, jakbyśmy niczego nie planowali. 
 
Startujemy o 15.30 z Katowic. Najpierw zamierzamy dojechać na dworzec lokalnym autobusem, ale za sprawą objętości bagażu decydujemy się ruszyć na rowerach. Wyjeżdżamy około 11, lecz już w Tarnowskich Górach wiemy, że w takim tempie, z wiatrem wiejącym w twarz, nie mamy szansy zdążyć. Mąż wpada na genialny w swej prostocie pomysł, że przecież można spróbować dotrzeć do Katowic pociągiem. Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie pomyśleliśmy. W telefonie wstukujemy rozkład jazdy pociągów. Okazuje się, że najbliższy skład odjeżdża już za parę minut, a potem długo nic. Do przejechania mamy całe miasto, ale napieramy. I tak nie mamy wyjścia. Pociąg na szczęście spóźnia się kilka minut. Chwała naszym kolejom. Aż strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy żyli w Japonii. Jeszcze tylko musimy się dostać na drugi peron. A to wbrew pozorom wcale nie takie łatwe zadanie. Najpierw mnóstwo schodów w dół, potem to samo w górę, z rowerami i sakwami zapakowanymi do granic możliwości. Na peronie meldujemy się równo z pociągiem. Wsiąść z całym naszym majdanem też nie jest prosto. Odpinamy sakwy i tarabanimy się do środka. Nie muszę dodawać, że pociąg czeka już tylko na nas. W końcu ruszamy. Uff, co za ulga. 
W Katowicach jesteśmy na czas. Dojeżdżamy na dworzec autobusowy, ładujemy nas oraz nasze rowery do autokaru i wyruszamy na podbój Apulii. Na miejscu mamy być około 21 kolejnego dnia. Niestety, to nie koniec przeciwności losu. Jesteśmy później, bo na autostradzie przewróciła się cysterna i staliśmy w korku. Kiedy dojeżdżamy do Lecce, celu podroży, jest już bardzo ciemno. Zaczynamy składać rowery, a tu kolejna niespodzianka. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 



Zdjęcie: Aneta Góralczyk