okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2016 >> Zwyczajna ludzka życzliwość

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Zwyczajna ludzka życzliwość

Weronika Leczkowska
 
Lubię być w podróży samowystarczalna. To daje mi poczucie kompletnej wolności. Nie muszę troszczyć się o to, gdzie najbliższy sklep, nie muszę nigdzie dojechać na nocleg. Bo dla mnie wolność oznacza: być i robić dokładnie to, na co w danej chwili mam ochotę. Zwykle taszczę więc ze sobą w sakwach wszystko, co niezbędne do przetrwania. Od posiłków, przez namiot, po ładowarki i zapasowe baterie oraz części rowerowe. Życie jednak potrafi pisać tak dziwne scenariusze, że pomocy nie mogę wyjąć z sakw, a muszę zdać się na zwyczajną ludzką życzliwość…
Gdzie to było? W zasadzie nie pamiętam nazwy miejscowości, pamiętam drogę. Wieczór, mała dziurawa szosa, mały ruch. Nadjeżdżający z naprzeciwka samochód jechał po mojej stronie drogi i dokładnie na mnie. Znacie te zabawy? Ja dopiero wtedy je poznałam. Mimo że mam dość mocne światła, zachowywał się tak, jakby mnie nie widział. Skurczybyk nie zjeżdżał do ostatniej chwili, przerażona zjechałam na pobocze i (tracąc równowagę) stoczyłam się do rowu. Może zjechałam zbyt wcześnie, może powinnam była nie odpuszczać, wytrzymać. Ale ja jakoś nie umiem bawić się własnym życiem…
Powoli wyplątałam się spod roweru i sakw. Boli. Poturbowałam się, podrapały mnie jakieś patyki, ale byłam w jednym kawałku. Rower niestety już nie – łańcuch pękł. Cóż mi pozostało? Człapałam sobie poboczem do najbliższej miejscowości, tam mi z pewnością pomogą. 
Idąc, przeklinałam jegomościa z samochodu. Nie dość, że musiałam wjechać do rowu, to nawet się nie zatrzymał, żeby zerknąć, czy nic mi się nie stało. Gdy dotarłam do zabudowań, było już późno. Aż głupio stukać o tej porze komuś do okien, nie mam jednak specjalnie wyjścia. Jest późna jesień, zimno, nie mam nawet możliwości dojść do jakiejś przyzwoitej łąki, by rozbić namiot.
Drzwi otworzyła starsza kobieta. Była na tyle niemiła, że nawet nie miałam ochoty opowiadać jej tej całej mojej historii. Podziękowałam i odeszłam. Dogoniła mnie po jakichś 50 metrach, spojrzała mi głęboko w oczy… – To o co dokładnie chodzi?
Ten wieczór spędziłam w absolutnie wymarzonych warunkach. Podczas gdy Pan Domu naprawiał mój łańcuch (przy okazji wycentrował koła, naprawił dzwonek i porządnie przykręcił bagażnik), Maria raczyła mnie specjałami swojej kuchni – cudowne pierogi z kapustą, ciasto kokosowe, pyszna herbatka owocowa z własnoręcznie zbieranej róży. Sącząc ją sobie powoli i do późna w nocy, rozmawialiśmy o świecie. Tym pozytywnym świecie, który buduje się również naszymi dobrymi uczynkami.
Krótka znajomość, ale uwierzcie mi, że naprawdę smutno mi było rano ruszyć dalej w drogę. Maria przygotowała mi tonę kanapek, butlę z piciem i ciepłe rękawiczki (bo w tych z odkrytymi palcami to mi z pewnością bardzo zimno)… – I przepraszam Cię, że byłam dla Ciebie niemiła, gdy zastukałaś do naszych drzwi. Niedawno jakiś człowiek próbował nas okraść, jesteśmy teraz bardzo ostrożni.
To było kilka lat temu. Nie byłam tam nigdy więcej, ale dziękując za to miłe spotkanie, zawsze wysyłam Marii i Tadeuszowi kartkę na święta (wiem, to przeżytek, wysyłam ich zaledwie kilka, wszystkie do starszych ludzi).
I pomyśleć, że gdyby nie wredny typ w samochodzie, nigdy nie spotkałabym tych wspaniałych ludzi…
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl.