okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 10/2016 >> My friend, no problem

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Indonezja


My friend, no problem

Daniel Kocuj
Majestatyczny wulkan Bromo
Na Indonezję przeznaczyłem w swojej podróży 30 dni. Tyle czasu gwarantuje darmowa wiza. Można wprawdzie zapłacić 54 dolary na lotnisku, aby następnie wpłacić kolejne 30, poczekać cztery dni w Denpasar i uzyskać 60 dni zamiast 30. Ta opcja nie wydała mi się jednak sensowna. 
 
Nieprzekonany pozostał celnik, który – nie ujrzawszy w moim formularzu adresu hotelu, w którym miałbym się zatrzymać – chciał mnie zmusić do wykupienia lotu powrotnego. Po pierwsze, ja stąd nie wylecę, tylko wypłynę promem z Dżakarty. A po drugie, nie mogę podać adresu, bo nie wiem, gdzie dojadę. Tłumaczę mu, absolutnie pewien swojej słuszności, jednocześnie notując w głowie, że następnym razem wpiszę adres hotelu, choćbym miał takowy na kolanie wymyślić. Minęło dziesięć minut w nieprzyjemnej atmosferze, zanim służbista zrozumiał i zaakceptował moje wyjaśnienia, po czym oddał mi paszport, mówiąc, że więcej nie chce mnie widzieć. Dziękuję, dziękuję, ja też się cieszę, że tu zawitałem.
Jawa powitała mnie świeżym kokosem, takim z miodem i słomką do picia. Miły człowiek, towarzyszący mi przy obiedzie dzień wcześniej, polecił wybrać południową część wyspy, gdzie drogi są bezpieczniejsze. To pozostawia mnie z dwiema opcjami – trzymać się głównej drogi do Jember lub pojechać przez Bondowoso, wewnątrz wyspy. Wybieram drugą, gotowy na podjazd, lecz niegotowy na podjazd życia. Nachylenie oscyluje między 10 a 20 procentami przez 30 kilometrów non stop. Po 26 kilometrach kończy mi się woda i dostaję drgawek. Ostatnie cztery kilometry wjeżdżam na tarczy, a raczej na pace ładownego skuterka. Przyjemność kosztuje mnie 20 tysięcy rupii, czyli zaledwie dwa dolary, oraz dwa ekspandery do bagażnika, które nieuważnie zostawiam na skuterku. Mam nadzieję, że jeszcze długo posłużą miłemu panu do zabezpieczania ładunku.
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 



Zdjęcie: Daniel Kocuj