okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2016 >> Odnaleziony przyjaciel

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Odnaleziony przyjaciel

Weronika Leczkowska
 
Och, jak miło się czyta, że nie tylko ja bez przerwy coś gubię… Wściekam się przy tym na samą siebie, ale niewiele to zmienia. W dalszym ciągu jestem tak samo roztargniona i gubię moje podróżnicze niezbędności równie często jak wcześniej. Oczywiście, nie jest to licznik kadencji (który jest dla mnie zwyczajnie zbędny), ale bywają to kask, sakwa, latarka, kurtka przeciwdeszczowa. Te przeważnie giną na zawsze. Inną historią jest gubienie mojego GPS-a (zwanego przeze mnie pieszczotliwie Garnierem). To mój najlepszy przyjaciel w podróży (wbrew pozorom to jemu zawdzięczam moje najlepsze „zagubione” przygody) i taka strata jest niezwykle bolesna. Zgubiłam go wielokrotnie: na bagnie (oczywiście, niosąc rower wysoko nad sobą), nocą wywalając się w zaspę na oblodzonej drodze, w pociągu… I choć czasami orientuję się, że coś zagubiłam po kilku dniach, to zawsze jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności zguba się znajduje. Niemożliwe? Oto moja najnowsza wakacyjna „zagubiona” przygoda.
Tegoroczne, rodzinne wakacje to była dla mnie naprawdę idealna wyprawa – coś nowego dla całej rodziny i coś sprawdzonego, i kochanego dla mnie. Była to podróż tratwą po Mazurach z rowerem na pokładzie. Rodzina sennie mocująca się z wielkimi wiosłami i ja z pasją dowożąca im co rano bułeczki. A że miejsca postojowe w przypadku tratwy są dobierane dość losowo (nigdy nie wiadomo, na jaki brzeg uda się toto doholować), to i przygoda dotarcia rowerem do cywilizacji zaskakuje: a to bagno, a to stado dzikich koni w środku lasu – jest co wspominać. Do tego piękne, dzikie lasy, pełne kolorowych grzybów – jak tu nie zsiąść z roweru, gdy mało nie rozjeżdża się pięknego maślaka rosnącego na środku drogi? 
Tego pamiętnego dnia zsiadałam z roweru wielokrotnie. Najpierw wypełniłam grzybami koszulkę (w sakwie z zakupami by się pogniotły), potem przymocowaną na kierownicy torbę na GPS (znałam dobrze drogę na tratwę, mogłam go więc schować gdzie indziej). Wróciłam na tratwę z godzinnym opóźnieniem, ale oprócz śniadania przywiozłam rodzinie całkiem spory, grzybowy obiad.
O tym, że zgubiłam Garniera, zorientowałam się dobę później, gdy szykowałam się na kolejne, poranne zakupy. Przetrząsnęłam całą tratwę (budząc przy tym całą rodzinę) – nie ma! Cóż, gdzieś się schował złośliwiec. Mam jednak mapę i kompas, więc pewnie dam radę dotrzeć do jakiejś większej drogi bez nawigacji. O tym, że ją zgubiłam podczas zbierania grzybów, domyśliłam się w drodze. Gdzie to było? Nie mam pojęcia. Jak tam dotrzeć? Też nie wiem – pokonaliśmy jakiś dystans po jeziorach tratwą, nie mam jednak pojęcia, jak dotrzeć w poprzednie miejsce drogą lądową. A nawet jak odtworzę drogę z dnia poprzedniego, to i tak nie wiem przecież, w którym momencie mogłam mój sprzęt zgubić. Wiecie, jak to jest, gdy goni się za grzybem – wędrując od grzybka do grzybka, traci się kompletnie orientację.
I gdy tak jechałam sobie po poranne pieczywo w rozpaczy po utracie wartościowego przyjaciela, trafiłam na kolejną piękną polanę pełną grzybów. Była bardzo podobna do tej wczorajszej, ale przecież to niemożliwe, by była to ta sama – na moje oko musiało dzielić mnie od niej około 15-20 kilometrów. Podobnie jak i poprzedniego dnia, zsiadłam z roweru, schyliłam się po maślaka, potem po następnego. Trzecim grzybem był... mój GPS!
Zaskoczona byłam tym znaleziskiem bardzo, a przecież nie powinnam. Oczywistym jest przecież, że po tysiącach przejechanych wspólnie kilometrów łączy nas coś więcej niż tylko trasa wyznaczana na mapie – to uzależnienie, a może nawet miłość. A przecież wiadomo, że jak kocha, to wcześniej czy później do mnie wróci! 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl.