okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2016 >> Jedziecie do parku? Niemożliwe!

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Kolumbia


Jedziecie do parku? Niemożliwe!

Daria Grzybowska
Kolumbijskie Andy nie rozpieszczają, ale za to widoki zachwycają. W tle łańcuch górski Parku Narodowego El Cocuy
Gdy stawiamy pierwsze kroki w Kolumbii, czujemy nareszcie wewnętrzny spokój. Do ostatniej chwil nie byliśmy pewni tego, czy uda nam się przedostać przez zamkniętą i dokładnie strzeżoną przez wojsko granicę wenezuelsko-kolumbijską. Ale nasz upór oraz pozytywne myślenie spowodowały, że w paszportach pojawiła się upragniona pieczątka już osiemnastego kraju na trasie naszej trwającej prawie dwa i pół roku wyprawy rowerowej dookoła kuli ziemskiej – Kolumbii!
 
Cúcuta, miasto przygraniczne wita nas nowoczesnością, wysokimi wieżowcami, piętrowymi domami towarowymi. My jednak nie mamy siły na nic, oprócz odpoczynku po ostatnich bardzo stresujących dniach, znajdujemy więc najtańszy w okolicy hostel (25 zł za pokój dwuosobowy) i zamykamy się w klimatyzowanym pomieszczeniu, snując plany, gdzie by tu pojechać i co zobaczyć w Kolumbii, bo nie ukrywam, przyjechaliśmy tutaj trochę nieprzygotowani. 
Na mapie dostrzegamy mały, niepozorny Park Narodowy El Cocuy. Cisza, spokój, boczna, górska droga i bajeczny lodowiec położony tuż przy Ritacuba Blanco (5330 m n.p.m.), widziany w naszych wyobrażeniach z perspektywy rozbitego namiotu, czego chcieć więcej? Niczego, tylko – jak się później okaże – ktoś postanowi rzucić nam kłodę pod koła.
Dwa dni później ruszamy w trasę, która już od pierwszych metrów nas nie rozpieszcza –ostro pod górę, żar z nieba i masa tirów. Trudno się spodziewać cichych bezdroży, jadąc główną trasą prowadzącą do stolicy. Z bolącymi od spalin gardłami dojeżdżamy do miejscowości Pamplona. Mała, niezbyt urodziwa mieścina, w której spędzamy ostatni nocleg w tanim hostelu. Od tego momentu zostawiamy w tyle główną trasę, większe miejscowości i skręcamy na drogę, jaką lubimy najbardziej – boczną, mało uczęszczaną, gdzie możemy spotkać prawdziwą Kolumbię. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Marcin Grzybowski