okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

strona główna >> 8/2016 >> Codzienność w imię Boga

poradniki

Mocne, trwałe i skuteczne

Takie są właśnie nowoczesne hamulce tarczowe. Bez względu na warunki i pogodę zahamują kiedy trzeba.   Początek lat 90. ubiegłego... »

Korespondencja >> Filipiny


Codzienność w imię Boga

Ewa Świderska
Tarasy ryżowe w górskim paśmie Cordillera na wyspie Luzon mają około 2000 lat
Ta podróż to nie było marzenie, które pielęgnowałam w sobie latami, ale szybka decyzja. Wcześniejsza podróż przez Japonię sprawiła, że zapragnęłam wrócić do Azji na dłużej. Poszwendać się, wniknąć głębiej w ten pełen kontrastów kontynent. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, zatem wybór na miejsce startu jedynego azjatyckiego kraju, w którym dominuje chrześcijaństwo, wydał mi się oczywisty – Filipiny.
 
Gorąco. Duszno. Wilgotno. Termometr na lotnisku w Manili wskazuje 25 stopni Celsjusza, choć jest piąta rano i nieśmiałe promienie słońca dopiero przebijają horyzont. Stawiając pierwsze kroki na filipińskiej ziemi i ocierając pot z czoła, czuję, że upał będzie moim nieodłącznym towarzyszem podróży. Czas zacząć się przyzwyczajać. 
Taksówka zabiera mnie, Zosię (koleżankę, która będzie mi towarzyszyć przez pierwsze trzy tygodnie podróży) i nasze zapakowane rowery do hostelu. Samochód sunie przez ulice budzącego się miasta, a ja z lekkim przerażeniem przecieram niedospane oczy. Żadna książka, żaden program telewizyjny, nic a nic nie było w stanie przygotować mnie na spotkanie z Manilą. Śpiący na ulicy ludzie, w tym wiele małych, często zupełnie nagich dzieci. Zawilgocone mury, śmierdzące podwórka, tony śmieci. – Pięknie się zaczyna – myślę. 
W hostelu próbujemy odespać nocną podróż pod mielącym gorące powietrze wiatrakiem – nieświadoma powagi pogodowej sytuacji, taki właśnie pokój zarezerwowałam. Klimatyzacji zatem brak, no cóż... Po południu nadszedł czas ogarnąć siebie i rowery. Ja to ja, gorzej idzie mi z tym drugim. Walczę ze składaniem swojego bicykla wyjątkowo długo, ale to mój nowy nabytek, nie znamy się jeszcze. Nareszcie się udało! Czas rozejrzeć się nieco po mieście. 
Idziemy na manilską starówkę zwaną Intramuros. Po chwili podjeżdża dorożka, a uśmiechnięty od ucha do ucha Filipińczyk namawia nas na przejażdżkę. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 


Zdjęcie: Ewa Świderska