okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 7/2016 >> Raz pod Górę, a raz z Góry

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Wyżyna Śląska


Raz pod Górę, a raz z Góry

Gabriela i Szymon Cieślik
Zakochani są wśród nas. Oryginalna ławeczka na drodze do Kotlarni
Gorące było to lato. I bardzo rowerowe, bo calutki urlop spędziliśmy na siodełkach. Ale to już było i nasza Maja za kilka dni miała rozpocząć kolejny rok szkolny. Zbliżał się ostatni weekend wakacji. Telewizyjne pogodynki – wciąż w letnich wdziankach – trąbiły z ekranu naszego telewizora, że będzie piękna pogoda, i zachęcały: „Wyjdź z domu, korzystaj, zadbaj o swoje ciało – popraw kondycję”. Ciało, ciało i ciało. A co z duchem? 
 
OK. Narada rodzinna. Jaki jest nasz pomysł na pożegnanie wakacji? Patrzymy na mapkę naszych okolic i… szukamy wyzwań. Tak, tak… Góra św. Anny – trasa kusi i wygląda na bezpieczną… Niech będzie i dla ciała, i dla ducha. – I dla zabawy – postuluje Maja. 
W jedną stronę z naszego rodzinnego Rybnika to jakieś 60 kilometrów, czyli konieczny będzie nocleg. Stukamy w klawiaturę komputera, poszukując odpowiedniego miejsca odpoczynku. Lepiej i bliżej być nie może. Gabi, dyrektor ds. kwaterunkowych, dzwoni, pyta, rezerwuje. Załatwione – jak zawsze bezbłędnie. Decyzja o wyjeździe nieodwołalna – dwudniowa wycieczka z noclegiem w samym centrum punktu docelowego podróży, czyli w Domu Pielgrzyma na Górze św. Anny. 
A jej imię Niewiadomopoco
Nadszedł sobotni poranek. Potwierdza się, że pogodynki zawsze zapomną o czymś powiedzieć. Jest pochmurno. Na szczęście ciepło i przyjemnie. Wycieczki, które zaczynają i kończą się tuż za drzwiami naszego mieszkania, lubimy najbardziej. Nie trzeba sprzętu przewozić, nie traci się czasu na dojazd. Zawsze jest jednak jakieś „ale” – standardowo kobieco-dziewczęce przygotowania powodują nieznaczne opóźnienie startu. Szymon narzeka, bo ileż można siedzieć na kanapie… w kasku na głowie. W końcu ruszamy z domniemanym ogromnym  zapasem sił i entuzjazmem. Ciekawe jest to, jak bardzo polubiliśmy nasze sakwy – wydaje się, że bez nich nawet krótkiej trasy nie da się przejechać. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Gabriela i Szymon Cieślik