okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2016 >> 216 km na raz

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> z Warszawy na Mazury


216 km na raz

Anna Goworowska
Już na mecie, w tle Jezioro Leleskie
Dwa rowery, dwie sakwy, dwie osoby, ale tylko jeden dzień i ambitny plan przejechania 216 kilometrów z Warszawy na Mazury. Wyczyn czy wypad możliwy dla każdego? 
 
Czy faktycznie trzeba mieć świetny sprzęt i nadzwyczajną kondycję, by w ciągu jednego dnia przejechać na rowerze ponad 200 kilometrów? Okazuje się, że niekoniecznie.
Wystarczyły 13-letni rower górski, nie najgorsza kondycja, dobrze zaplanowana trasa, motywacja i miłe towarzystwo, dzięki któremu pokonywanie kolejnych kilometrów stawało się przyjemnością! 
Jeszcze do niedawna przemierzenie dystansu ponad 200 kilometrów jednego dnia wydawało mi się wyczynem poza moimi możliwościami. Byłam przekonana, że potrzebny jest świetny szosowy rower i kondycja sportowca. Postanowiłam jednak podjąć wyzwanie i spróbować przełamać ten stereotyp! 
Nasz plan był prosty i ambitny zarazem – dojechać w jeden dzień z Warszawy na Mazury, bijąc tym samym mój życiowy rekord w długości trasy pokonanej jednego dnia, ale także czerpać przyjemność z przejechanych kilometrów, obcować z naturą, a jednocześnie przekraczać własne granice.
Budzik bezlitośnie zadzwonił o czwartej rano i dał znać, że czas rozpocząć długą wycieczkę. Przed nami 216 kilometrów przygody. Celem jest dojechanie nad Jezioro Leleskie w Elganowie, w okolicach Pasymia. Zależało nam jednak, aby cel nie przysłonił radości z samej podróży. Chcieliśmy czerpać pozytywną energię z każdego kilometra, nawet jeżeli zmęczenie będzie się dawać we znaki.
Rowery stały przygotowane do wyzwania. Daleko im do szosówek z cienkimi oponami. Oboje jeździmy na rowerach górskich. Mój został spontanicznie kupiony w czasach liceum i, poza drobnymi usprawnieniami, nie zmienił się zbyt wiele. Rower Grześka dopiero co przejechał 2300 kilometrów po Norwegii i jeszcze nie wrócił do stanu idealnego. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Anna Goworowska