okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2016 >> Slalomem przez Andy

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Peru


Slalomem przez Andy

Daria Grzybowska
Nareszcie na szczycie. Imponujący widok na Lagunę jeziora Llanganuco

Wyjeżdżamy z Boliwii, wjeżdżając do Peru od strony południowej. Kraj wita nas jedną wielką piaskownicą, ciągnącą się przez setki kilometrów. Raz po raz zza pustynnych wydm wynurza się odrobina oceanu, ciesząc oko swoim bezkresem.

Niestety, dostęp do plaży, na której chcielibyśmy rozbić namiot, to marzenie. Wysokie klify skutecznie uniemożliwiają zanurzenie się w wodach Pacyfiku. Taki monotonny krajobraz towarzyszy nam przez dłuższy czas z wyjątkiem momentów, kiedy pustynię przecina dolina z rzeką. To taka oaza wśród piasku, soczysta zieleń, zapach owoców i wszystko, co potrzeba, aby w takim miejscu stanęło miasteczko.

W pewnym momencie droga odbija w góry, a my cieszymy się, że przed nami wreszcie coś innego niż tylko pustynia. Parę dni później dojeżdżamy do miasta Arequipa. Położone na wysokości 2325 metrów n.p.m., w otoczeniu gór Cordillera Volcánica, jest miastem wypadowym do jednej z turystycznych perełek Peru, czyli kanionu Colca, do którego także się wybieramy. Ale najpierw czeka na nas 100-kilometrowy podjazd, lekki zjazd, a później długo pod górę. Takie są uroki wysokich Andów. Żeby nie było za łatwo, wybieramy boczną, mało uczęszczaną drogę, patrząc, jak z każdym obrotem pedałów wysokość rośnie, a hałaśliwe i chaotyczne miasto zostaje w dole. Po 30 kilometrach, mimo że jest jeszcze dość wcześnie na nocleg, znajdujemy wspaniałe miejsce, które aż prosi się, żeby rozbić namiot. Jest godzina 17, kiedy jak małe dzieci leżymy już na karimatach. Nagle coś zabujało, a ziemia pod nami zaczyna się kołysać, jakbyśmy siedzieli na huśtawce. Spoglądamy na siebie i, wstrzymując oddech, czekamy, co dalej. Trwa to około 20 sekund. Stwierdzamy, że to pewnie pobliskie wulkany: Chachani (6075 m n.p.m.) i El Misti (5822 m n.p.m.) pomrukują cichutko. Parę dni później, kiedy jesteśmy już kilkaset kilometrów dalej, przypadkowo wpada mi w ręce gazeta: jakieś trzęsienie ziemi, jakieś ofiary.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Marcin Grzybowski
 

Parse error: syntax error, unexpected end of file, expecting variable (T_VARIABLE) or ${ (T_DOLLAR_OPEN_CURLY_BRACES) or {$ (T_CURLY_OPEN) in /home/kruszonaol/ftp/rowertour/panel/bbclone/var/access.php on line 164