okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2016 >> Nigdy nie będzie takiego lata

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> z Beskidu Niskiego w Bieszczady


Nigdy nie będzie takiego lata

Krzysztof Grabowski
Nieistniejąca wieś Dźwiniacz Górny
Kiedy Bogusław Linda z ogromną tęsknotą melorecytował kolejne frazy piosenki „Filandia” przy nieśpiesznym akompaniamencie Świetlików, nie przypuszczałem, że i mi kiedyś trafi się takie „ostatnie” lato. Pod wieloma względami rzeczywiście nigdy już nie będzie tak samo, jak w roku ubiegłym, podczas letniej kanikuły, na trasie od Beskidu Niskiego po Bieszczady. Sporo rzeczy wydarzyło się wtedy pierwszy raz, stając się niepowtarzalnymi. 
 
Już samo planowanie wyprawy odbywało się inaczej niż zwykle, czyli tak, by w terenie nie było improwizacji i niespodzianek. Precyzyjną trasę przejazdu opracował mój brat, dla którego miał to być pierwszy wyjazd rowerowy z bagażem. Samochodem stawiliśmy się w agroturystyce „Zacisze”, u gospodarzy, z którymi wcześniej umówiliśmy się na przechowanie auta. Początkiem pętli rowerowej stał się Rzepiennik Biskupi, leżący na skraju Beskidu Niskiego, a precyzyjniej mówiąc, na terenie Pogórza Ciężkowickiego, znanego mi już z dawnego i miło wspominanego wyjazdu. Przejechanie trasy długości 450 kilometrów, zaprojektowanej w sporej mierze po szlakach pieszych i rowerowych, mogło się udać tylko w sprzyjających warunkach, na które przez ponad tydzień w nieprzewidywalnych górach mógł liczyć tylko szaleniec. A jednak się udało. Nigdy nie będzie takiego lata, już nigdy pogoda w Bieszczadach nie będzie taka piękna, a drogi takie suche i szlaki bez błota (prawie). 
Zaczynamy od rozgrzewki na asfalcie, potrzebnej do rozkręcenia nóg i sprawdzenia, jak zachowują się namiot, śpiwory, materace i inne bagaże przytroczone do naszych w pełni amortyzowanych rowerów górskich. Pierwszy odpoczynek od upału znajdujemy na kolorowym przystanku autobusowym z wtopionymi weń fragmentami glinianych naczyń, co od razu przywodzi mi na myśl wspomnienia z Ukrainy, gdzie takich uroczo kiczowatych przystanków jest mnóstwo. 
 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”

 



Zdjęcie: Krzysztof Grabowski