okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2016 >> Robinson walczący o przetrwanie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Robinson walczący o przetrwanie

Weronika Leczkowska
 
Pewnej wiosny znaleźliśmy z bratem na strychu skarb: stary namiot. Był wielkim i niezwykle ciężkim kawałkiem brezentu. Nie miał masztów ani śledzi, ale to przecież nie problem – las pełen jest odpowiednich patyków. Wyobraźnia natychmiast pognała nas ku latu i wakacjom – mamy namiot, będzie i przygoda! Mieliśmy po 15 i 16 lat, czuliśmy się dorośli. Mama powiedziała, że możemy jechać, ale musimy sami sobie ten wyjazd sfinansować. Tak więc trzeba było jeszcze połączyć przygodę z zarobieniem jakichś pieniędzy, by w ogóle ta nasza wolność mogła się odbyć.
Nasz punkt docelowy to były Bieszczady, gdzie dotarliśmy autostopem.
Rozstawiliśmy namiot nad górskim potokiem i, wyposażeni w maszynki do zbierania jagód, ruszyliśmy na połoniny. Deszcz padał od pierwszego do ostatniego dnia naszego pobytu, cudowny namiot bardzo szybko zamienił się w przeciekające sito. Łaziliśmy więc wiecznie przemoczeni i zmarznięci. To jednak tylko dodawało naszej Wielkiej Wolności smaku...
Jagody zbieraliśmy po osiem, dziesięć godzin dziennie. Potem szliśmy do skupu, gdzie za kilka uzbieranych łubianek dostawaliśmy grosze... Co ja mówię?! Jakie grosze?! Pierwsze samodzielnie zarobione pieniądze, za które mogliśmy sobie kupić makaron do naszej zupy jagodowej (z musu i oszczędności zjedliśmy tych jagód wtedy tyle, że do tej pory za nimi nie przepadam).
To był też czas pierwszych głupot. W zadymionej spelunie w Berehach wypiłam pierwsze w życiu piwo. Wtedy pierwszy raz poczułam, jak ciężko być dorosłym. Zwłaszcza, jeśli ma się przed sobą wielki kufel wstrętnej gorzkiej cieczy, którą należy wypić, żeby tę dorosłość sobie i bratu udowodnić!
Tak wyglądał nasz pierwszy w życiu samodzielnie przeżyty miesiąc. Zaszyci zaledwie 500 metrów od drogi Berehy – Ustrzyki Dolne, czuliśmy się jak prawdziwi pionierzy sztuki przetrwania. Byłam dzikim człowiekiem, byłam bieszczadzkim Robinsonem walczącym o przetrwanie...
Dziś bardzo mi takich doznań brakuje. Z tęsknoty za nimi w każdej wolnej chwili (często i w tej mniej wolnej, spontanicznej) biorę rower, namiot i ruszam przed siebie. Wyłączam telefon, zapominam o internecie i bateriach do GPS-a. Ruszam w świat nieodkryty. Potrafię odkrywać to, co już dawno odkryte, docieram pierwsza tam, gdzie dotarły tysiące. Jestem Wielkim Odkrywcą mojego własnego dzikiego świata. I tylko czasem sprawdzam w sieci, co za ruiny właśnie odkryłam. I tylko czasem wrzucam na portale społecznościowe piękne zdjęcie z nowo odkrytego lądu – podobne do setek innych z tego miejsca. I tylko czasem, patrząc w gwiazdy i widząc sunącego po niebie satelitę, myślę o tym, że ten mały błyszczący punkt prawdopodobnie sfotografował już cały świat, kawałek po kawałku. Świat jest cały odkryty, przechodzony, przejechany i przepłynięty – ktoś zrobił już to przed nami.
Dla kolejnych pokoleń nieznanym pozostaje świat wirtualny. Tak wielki, że trudno go sobie wyobrazić, zbudowany z wyobraźni milionów ludzi. I choćbyśmy nie wiem jak starali się wytłumaczyć, że odkrywanie go to nie jest prawdziwa przygoda, wszystko wskazuje na to, że taką właśnie się stanie. Ale kto wie, może i jakiś wirtualny namiot też się w tym świecie znajdzie? Ciekawe, czy będzie przeciekał...? 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl. 
 
 


Zdjęcie: Weronika Leczkowska