okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2016 >> Król Ćwieczek na rowerze

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Król Ćwieczek na rowerze

Sławomir Bajew
 
Czuję, że jakieś granice jednak powinny być. Bo jak to tak bez żadnych ograniczeń na inny kontynent rowerem do tyłu albo po dnie morza na sąsiednią wyspę, albo jeszcze dalej...? Zimowe K2 na rowerze bez tlenowej maski z pętem kiełbasy na szyi, pod prąd wzdłuż Nilu z kulą u nogi i bez opon? Wszystko oczipowane, namierzone GPS-ami, podpięte do portalu społecznościowego, z blogiem, fotoblogiem i czym tam jeszcze. Ekstremalne pomysły, survivalowe plany. Zdobyć świat przez zaskoczenie, zadziwić, porwać. Ile można? 
Jakieś granice jednak powinny być. Czy aby pragnienie zrobienia czegoś, czego nikt jeszcze nie zrobił, nie staje się paliwem dla tłoków poruszających coraz potężniejszą machinę głupoty? Jak dziś pamiętam dyndającą pod sufitem mojego namiotu Mikrus kroplę wilgoci. Wpatrywałem się w nią niepewny najbliższej przyszłości. Wokół szalała burza. Deszcz nie padał, ale lał. Wsłuchany w dudnienie spływającej po brezencie Mikrusa wody, skoncentrowany, żeby nie dotykać ścianek namiotu, patrzyłem na dyndającą u powały kroplę. Jak nic namiot podda się nawałnicy, kiedy tylko kropla nasyci się wilgocią oddechu i potu od wewnątrz, a z zewnątrz zgarnie najpierw jedną koleżankę kroplę, potem drużkę strużkę, a potem cała chmura wleje się do tego mojego azylu suchości i świątyni strachu. Legendarne Mikrusy, choć mieściły tylko jedną osobę, ważyły dwa kilogramy i 400 gramów. Jako jeden z 26 rodzajów namiotów były produkowane w zakładach w Legionowie, gdzie na swoje wyprawy kompletowała wyposażenie choćby Wanda Rutkiewicz. Nie znałem wówczas czegoś takiego jak karimata, a zabieranie dmuchanego materaca ze względu na jego wagę i objętość uznawałem za absurd. Często na noclegu upychałem pod ceratową podłogą namiotu trawę, liście, a jak była ku temu okazja – to słomę lub siano. W książeczce dla skautów znalazłem radę, by pod rogami namiotu wykopać niewielkie dołki, umieścić w nich żar z ogniska, zasypać popiołem i ziemią, ubić, by odciąć dopływ powietrza i za jakiś czas wchodzić do cieplutkiego namiotu. Wobec braku śpiworów i małej skuteczności koców często z tej rady korzystałem. Nie zawsze okazywało się to skuteczne i do dziś nie zadałem sobie trudu, by odkryć, dlaczego niekiedy mi się udawało, a przeważnie nie. Dziś nie ma już takiej potrzeby. Dziś dwa kilogramy i 400 gramów ważą razem, do sakwy wrzucone, namiot z tropikiem, samopompująca mata i śpiwór. Więc co? Wciąż podróżować jak za króla Ćwieczka? 
Aż tak to nie, ale jest coś na rzeczy, że ludzie lepią chałupy z gliny i słomy. Że przywdziewają lniane opończe i biorą do ręki łuk czy maczugę. Taki trend do siermiężności jest. Żeby ogień hubką i krzesiwem wzniecić. Żeby poradzić sobie bez tego elektronicznego chińskiego badziewia. Żeby popatrzeć w górę i przeżyć prawdziwą chwilę niepewności: wytrzymasz Mikrusie? Wtedy nie wytrzymał. Na następny wypad zabrałem kawał grubej foli, którą mocowałem od góry za pomocą skomplikowanego systemu pasków, linek i drutu. Ten system okazał się niezawodny i opierał się skutecznie większości opadów. Uśmiecham się dziś do tych wynalazków, do braku asortymentu w sklepie sportowym i aluminiowej menażki, do palnika na denaturat i nieodpartej chęci, by zadziwić siebie i świat, ale tak bardziej analogowo. 
 
Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.
 

 



Zdjęcie: Sławomir Bajew