okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2016 >> 3/2016 >> Frontowo-sztabowy, bezmundurowy, tak zwany

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Rower w mieście >> oficer rowerowy


Frontowo-sztabowy, bezmundurowy, tak zwany

Marek Rokita
Prawdziwy oficer rowerowy nie ma munduru i nie jeździ na tandemie, ale powinien dążyć do tego, by tandemem można było wszędzie sprawnie i bezpiecznie dojechać
Dla jednych przedmiot kpin i idealny cel dla hejterów. Dla innych – nadzieja na lepszą przyszłość rowerzystów w miastach i gwarancja ich upodmiotowienia. Kim jest? I dlaczego „oficer”?
 
Powszechnie używana w Polsce nazwa tego stanowiska sugeruje, że mamy do czynienia z ważną osobistością, dowodzącą sporym oddziałem wojska i wyposażoną w szerokie kompetencje. W rzeczywistości są to po prostu urzędnicy, zwykle zatrudnieni na pełen etat, ale czasami na pół lub ćwierć, albo na umowę-zlecenie (tak jest np. w Opolu i Szczecinie). A nawet „społeczni pełnomocnicy”, którzy nie tylko nie mają pełnej mocy, ale nigdy i nikomu żadnego rozkazu wydać nie mogą. Większość z nich podchodzi do słowa „oficer” z dystansem, choć znajdzie się i taki, który za nienazwanie go oficerem gotów się nawet obrazić.
Powoływanie urzędników odpowiedzialnych za kształt szeroko rozumianej polityki rowerowej jest zalecane przez Komisję Europejską. Są oni znani głównie z krajów anglosaskich i między innymi chyba właśnie dlatego w Polsce przyjęła się nieszczęsna kalka językowa definiująca to stanowisko, która budzi różne i niekoniecznie pozytywne skojarzenia. Angielski cycling officer jest po prostu urzędnikiem rowerowym, lecz w języku polskim nabrał dodatkowych znaczeń. Przyjęciu militarnej terminologii sprzyjało poczucie bycia w stanie permanentnego konfliktu z władzami i urzędnikami, torpedującymi prorowerowe rozwiązania w miastach i spychającymi rower z ulic do rekreacyjnego podziemia. Dzięki temu oficerami nazywa się u nas nie tylko urzędników, zatrudnionych przez samorząd i opłacanych z publicznych funduszy, ale nawet pobłogosławionych przez władze miast społeczników, którzy nie dostają za swoją pracę żadnych pieniędzy, ale też nie są obciążani tyloma, co etatowi pracownicy, obowiązkami. 
 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Marek Rokita