okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2016 >> Nasz numer 1 na świecie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Boliwia


Nasz numer 1 na świecie

Daria Grzybowska
Ucieczka przed burzą na solnej pustyni Salar de Uyuni... niestety nieudana
Kiedy pierwszy raz przekroczyliśmy granicę z Boliwią, wiedzieliśmy od razu, że tak szybko z niej nie wyjedziemy. To była miłość od pierwszego wejrzenia, która zatrzymała nas na długie i piękne trzy miesiące.
 
Podróżując po tym kraju, trzeba mieć czas, żeby chłonąć w spokoju przepiękne widoki i cieszyć się naturą mieszkańców, oraz cierpliwość ze względu na drogi (asfaltowa jest tylko główna trasa do stolicy, reszta to żwir, piach i kamienie). Trzeba też mieć kondycję, ponieważ Boliwia to kraj położony w samym centrum Andów i wysokości sięgają 5000 metrów n.p.m. Gdy spełnimy te trzy warunki, boliwijska miłość zostanie odwzajemniona. 
Z chwilą wyjazdu z Paragwaju i przekroczenia granicy z Boliwią zmienia się wszystko. Nagle zabójcza paragwajska temperatura spada o parę stopni, wieje rześki wiatr, a prosta jak drut droga zaczyna falować z tendencją zwyżkową. Na horyzoncie widzimy zarysy gór, w których kierunku jedziemy. To Andy, najdłuższy łańcuch górski na Ziemi. Nasze mięśnie po płaskim odcinku zapomniały, co to podjazdy, ale już tego samego dnia szybko sobie o tym przypominają, bo wąska, szutrowa ścieżynka pośród gęstego lasu zaczyna piąć się w górę. I pomyśleć, że tak wygląda główna droga na zachód, którą jeździ sporo ciężarówek… Aż dreszcz przechodzi po plecach, gdy widzimy wymijające się nawzajem auta, przejeżdżające parę centymetrów od przepaści. Kilka dni później osiągamy wysokość 3300 metrów n.p.m. i wjeżdżamy na płaskowyż Altiplano. Z każdym metrem czujemy coraz większą zadyszkę, zawroty głowy i inne objawy świadczące o tym, że jesteśmy wysoko w górach. Na takich wysokościach bardzo ważna jest aklimatyzacja, zbyt szybki wjazd może być przyczyną choroby wysokościowej. Na szczęście rowerzyście to nie grozi, a w minimalizowaniu objawów pomocne stają się liście koki, którą w górach żuje prawie każdy. To zakorzeniony od wieków zwyczaj w kulturze całego obszaru Andów. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Marcin Grzybowski