okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2016 >> Mała wyspa na końcu świata

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Nowa Zelandia cz. 2: Wyspa Północna


Mała wyspa na końcu świata

Jan Baryłko
Panorama Wellington
Wellington, do którego przypłynąłem promem z Picton na Wyspie Południowej, to pierwsze duże miasto, które zobaczyłem w Nowej Zelandii. Wysokie budynki, szerokie ulice pełne samochodów. Niby stolica, ale jakiegoś szczególnego wrażenia na mnie nie zrobiła. 
 
Na początku czułem się dziwnie, bo w końcu ponad miesiąc przebywałem w głuszy [o swoich przygodach na Wyspie Południowej pisałem w „Rowertourze” nr 10 (92) 2015)], ale i tak bez problemu dojechałem do domu Carrie, u której nocleg zorganizowałem sobie, korzystając z portalu warmshowers. 
Carrie zaimponowała mi planem swojej wakacyjnej wycieczki rowerowej. Zamierzała przejechać trasę Teheran – Petersburg w dwa i pół miesiąca, w tym pierwszą połowę sama! W trakcie naszych rozmów okazało się, że mamy odmienne podejście do bezpieczeństwa na drodze rowerzystów w Nowej Zelandii i Polsce. Chciałem wyjechać z miasta szosą biegnącą wzdłuż wschodniego wybrzeża. Carrie przyniosła dokładną mapę tamtych okolic i tłumaczyła mi, gdzie mam skręcić na szlak rowerów górskich, żeby uniknąć szczególnie niebezpiecznego, górskiego odcinka szosy, na którym szaleją „log drivers”, czyli kierowcy ciężarówek transportujących ścięte pnie drzew. Ostrzeżenia przed tym odcinkiem widniało także na mapie.
Kiedy następnego dnia tam dojechałem, nie chciało mi się targać obładowanego roweru przez strumienie i pojechałem sobie spokojnie zwyczajną drogą. I w żadnym stopniu nie była ona niebezpieczna. Zwykła (czyli jak zwykle w Nowej Zelandii – ładna) górska szosa, czasem zanikało pobocze, ale poza tym nic się nie działo i na pewno nikt nie chciał mnie rozjechać ani zepchnąć z drogi. Tu należy wspomnieć o nowozelandzkich kierowcach. W rozmowach tutejsi mieszkańcy nieraz ostrzegali mnie przed nimi tak w ogóle, a w szczególności przed kierowcami ciężarówek. Usłyszałem też, że Niemcy boją się tu jeździć na rowerach. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Jan Baryłko