okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2016 >> Jakby co, my tu zawsze do usług

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Korespondencja >> Wenezuela


Jakby co, my tu zawsze do usług

Wojciech Ganczarek
Quebrada Sorerek. Gran Sabana to trzy kolory: zieleń traw, czerwień rzecznych koryt i błękit nieba
Zobaczymy wszystko. Wyruszymy z Caracas, najniebezpieczniejszej stolicy świata. Zjedziemy w kakaowe plantacje i spokojne miasteczka regionu Barlovento i wzdłuż plaż Morza Karaibskiego pomkniemy aż do Cumana. Wdychając zapach szczypiorku, będziemy się wspinać na górską twierdzę Cocollar tylko po to, by zaraz runąć na równe jak stół połacie stanu Monagas, gdzie dzień i noc pracują naftowe pompy. 
 
Jadąc do industrialnego Puerto Ordaz, przetniemy nawet sztuczny, egzotyczny tutaj las sosnowy, a następnie egzotyczną dla nas rzekę Orinoko, a potem pagórkowate pastwiska północnej części stanu Bolivar. Krajobraz, klimat, roślinność, dialekty i ludzie wirować będą szalenie, zmieniać się całkowicie co sto kilometrów. 
Już to by wystarczyło za powód do przejechania Wenezueli z północy na południe. Ale tam, na końcu, już przy granicy z Brazylią, czeka nas coś jeszcze, czeka kres i powód zarazem, czeka raj rowerzysty i raj w ogóle. Zielone pagóry pocięte czerwonymi korytami krystalicznie czystych rzek, pustkowia bez końca – marzenie naszego namiotu, wodospad lub rzeka za każdym zakrętem, potężne góry na horyzoncie i idealny asfalt, do tego rześkie noce jako odpoczynek od wenezuelskiego upału, a wszystko to pod nazwą: Gran Sabana. 
Aby wejść do mieszkania Adriany, należy, po pierwsze, otworzyć bramę od podwórza. Wieczorem człowiek dobiega do niej jak do mety maratonu, szczęśliwy, że to już: drżącymi rękami szuka klucza, przystawia do magnetycznego zamka, uchyla kratę, wślizguje się do środka, błyskawicznie zatrzaskuje i wtedy dopiero oddycha spokojnie. Bo udało się dotrzeć. Bez napadu, bez kradzieży. Potem przecina się podwórko, na które z opustoszałych wieczorem ulic przeniosło się życie Caracas. Następnie brama do klatki schodowej, znowu klucz magnetyczny, schody na pierwsze piętro, stalowa krata na jeden, drewniane drzwi na trzy zamki i wreszcie rodzinne ciepło czterech ścian. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Wojciech Ganczarek