okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 1/2016 >> O tym, jak rodzi się pasja

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


O tym, jak rodzi się pasja

 
Dawno, dawno temu, tak dawno, że nawet ja byłam jeszcze dzieckiem, moja mama kupiła rower. Był piękny. Miał błyszczący dzwonek, skórzane siodełko z trzema dziurkami i trzeszczącymi sprężynami poniżej. Rama nie była błyszcząca, ale za to miała piękną, błyszczącą naklejkę z napisem „ukraina”. Nasz skromny budżet domowy ucierpiał wtedy bardzo – to cudo kosztowało bowiem z pół pensji albo i jeszcze więcej. Ale było warte każdych pieniędzy. Mieszkaliśmy wtedy w bieszczadzkiej wioseczce, oddalonej od cywilizacji o kilka kilometrów. Podczas gdy my z bratem maszerowaliśmy codziennie ponad godzinę do szkoły, mama (mimo że do swojej pracy miała trzy kilometry dalej) mogła wyjść z domu pół godziny później. Jak ja tego roweru mamie zazdrościłam! Marzyłam, by tak jak mama móc jechać sobie szybko do szkoły, by móc szybko z bańką podskoczyć do Zaricznych po mleko. Ale to nie było możliwe. Byłam za mała. Miałam siedem lat i nie mogłam sama jechać rowerem po szosie… Poza tym nie umiałam jeszcze jeździć na rowerze. Z tym jednak dało się coś zrobić.
Po lekcjach, gdy wszyscy już docieraliśmy do domu, ukradkiem wchodziłam do szopy, w której stała mamina torpeda. Cichutko zabierałam ją na drogę i uczyłam się jeździć. To była oczywiście specyficzna nauka, bo siodełko miałam na wysokości klatki piersiowej. Tak więc musiałam jeździć pod ramą, na stojąco. Ale mimo przeszkód szybko opanowałam sztukę jazdy na dwóch kółkach. Marzenie o rowerze stało się więc jeszcze silniejsze…
Tymczasem z małej bieszczadzkiej wsi przeprowadziliśmy się do Warszawy. Oczywiście z rowerem, którym mama niezmiennie jeździła do pracy na drugi koniec miasta. Latem i zimą, w deszczu i na słońcu. Jednak w przeciwieństwie do wiejskich warunków, teraz nie jeździła już z musu, a z potrzeby ruchu. Nie zmieniła środka lokomocji, nawet będąc w zaawansowanej w ciąży z moim młodszym bratem…
Nudziłam się w mieście. Nie było gdzie biegać, nie można było wspinać się na drzewa. Co to za odpoczynek w parku, jeśli jedyną dozwoloną czynnością jest chodzenie po alejkach? Nudy! Z czasem doceniłam zalety trzepaka i bycia zuchem. Nie było to jednak to samo, co budowa domu na drzewie lub chowanie się za kamieniem w strumieniu, ale zawsze coś…
Podczas pierwszych „miejskich” wakacji pojechaliśmy z bratem na obóz harcerski. Znów byliśmy w lesie, znów w naturze. Prawie raj. Prawie, bo nasza wolność była przecież ograniczona zajęciami i musztrą. No i tęskniłam bardzo za mamą. Miała przyjechać w pierwszą niedzielę, ale nie przyjechała. Patrzyłam z zazdrością na koleżanki i kolegów (do których rodzice przyjechali) i cicho płakałam – dlaczego jej nie ma?! 
Mama przyjechała we wtorek. Spóźniła się dwa dni, bo… przyjechała ukrainą. Z wielkim plecakiem na plecach, i przygodą we włosach. Siedziałam z nią długo wieczorem i słuchałam niesamowitych opowieści. O popsutej kuchence, o rozerwanym łańcuchu i dzikach, które pod namiotem koczowały. Patrzyłam na jej brudne ubranie, potargane włosy, spokojne oczy i całą sobą czułam, że ja też tak chcę! I chyba właśnie wtedy zrodziła się we mnie rowerowa pasja. Pasja, o której mogę dziś powiedzieć, że wyssałam ją z mlekiem matki...
Pierwszy rower dostałam dwa lata później w prezencie od taty. Był to składak jubilat w kolorze żółtym. Przepiękny, błyszczący i najcudowniejszy na świecie. Jeżdżąc jak wariat po alejkach parkowych, wreszcie i ja odzyskałam utraconą wolność. Wreszcie poczułam, że jestem na swoim miejscu! 
Kochani! Z pasją spotkajmy się na gali „Rowertouru”! Do zobaczenia! 
 
Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl. 
 

 



Zdjęcie: Weronika Leczkowska