okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2015 >> Tacierzyński z pomysłem

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Chorwacja – półwysep Istria


Tacierzyński z pomysłem

Tomasz Gurdziołek
Chylące się ku zachodowi słońce czyni panoramę Poreča wyjątkowo urokliwą
Niespełna rok po przyjściu na świat naszej drugiej córki stanąłem przed dylematem: jak wykorzystać urlop ojcowski? Marzec, czas zaczynał gonić, trzeba było coś wymyśleć. To przecież niemal oczywiste – urlop ojcowski to najlepszy czas, aby spędzić go wspólnie z rodziną na wyprawie rowerowej! Usiadłem przed komputerem i zacząłem sprawdzać, gdzie w drugiej połowie marca złapie się trochę słońca, a nie zmarznie czy zmoknie. 
 
Jako że wszystkie tanie loty już nam uciekły, cel podróży musiałem ograniczyć do dziennego zasięgu samochodu. Śledziłem uważnie prognozy i oto dwa dni przed planowanym terminem wyjazdu znalazłem tydzień słonecznej pogody i temperatury dochodzące w dzień do 15-17 stopni Celsjusza. Jak na marzec – rewelacja! Obwieściłem żonie i starszej córce – jedziemy do Chorwacji, na Istrię! 
Kilka godzin spędzonych nad mapami i mam już w głowie zarys trasy wyjazdu i ciekawych miejsc do odwiedzenia. Po wpakowaniu rowerów, przyczepki i reszty bagaży do samochodu w poniedziałkowy wieczór ruszamy w trasę. Po 12 godzinach nocnej jazdy etap samochodowy kończymy w Pazinie, uroczym miasteczku położonym w centralnej części Istrii. Miejsce to wybrałem nie bez przyczyny, krzyżuje się tam kilka głównych dróg biegnących z różnych części półwyspu – w razie jakichś komplikacji na trasie łatwo będzie wrócić po samochód.
Wyjazd ten dla każdego z nas jest swoistą inauguracją. Dla mnie to pierwsza wyprawa po wyleczeniu kontuzji kolana, dla żony – pierwszy raz na rowerze po prawie dwóch latach przerwy w jeżdżeniu, dla Ali – pierwszy wyjazd na własnym rowerze, a dla Lilii – poza biwakami pod namiotem – wszystko jest po raz pierwszy. Docieramy na miejsce startu. 
I to w środku istryjskiego przedwiośnia. Tak, przedwiośnia, bo patrząc na bezlistne drzewa i krzewy, wiosną tego nie można nazwać. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Tomasz Gurdziołek