okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 12/2015 >> Ramię w ramię z romantykami

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Szwajcaria


Ramię w ramię z romantykami

Paulina Trofimiec
Tradycyjna zabudowa w okolicach Fiesch
W języku niemieckim występuje w towarzystwie rodzajnika „die” i – jak sądzę – nie bez powodu jest to żeński przedimek. Szwajcaria jest kobietą – zmienną i rozkapryszoną. Czasem bezlitosna hetera, innym razem kochająca matka, lecz za każdym razem jej uroda zapiera dech w piersiach. Do Szwajcarii się nie przyjeżdża, ale zagląda z onieśmieleniem.
 
Zaczęło się od zażartych dyskusji z Bartkiem, czy za cel wyprawy wybrać Austrię, czy Szwajcarię. Krajobraz alpejski, gdziekolwiek zwrócić dwa koła, jest cudny. Za Austrią przemawiała odległość (prawie dwukrotnie mniejsza) oraz ceny artykułów spożywczych i kempingów. Po wzroście kursu franka, konsekwencją podziwiania Matterhornu mogło być spustoszenie w studenckiej kieszeni. Coś jednak ciągnęło mnie do krainy Wilhelma Tella i kazało nieustannie opierać się racjonalnym argumentom. Nie były to typowe turystyczne marzenia tysięcy ludzi z całego świata, którzy corocznie odwiedzają ten kraj. Gdzieś z tyłu głowy pokazywały mi się krajobrazy, zręcznym piórem opisane przez Juliusza Słowackiego i Zygmunta Krasińskiego. Przestać tylko zachwycać się romantyczną poezją o Alpach Szwajcarskich, a zobaczyć je dwieście lat starsze własnymi oczami. Zapakowaliśmy więc rowery do samochodu i wyruszyliśmy daleko na zachód i troszkę na południe.
Po dziewiętnastu godzinach jazdy i nieprzespanej nocy wjechaliśmy do Szwajcarii. Podróż rowerową mieliśmy zacząć w Giffers, niedaleko Fryburga. Miejscowość ta znajduje się niespełna 200 kilometrów od granicy, więc pomyśleliśmy, że nie będziemy inwestować 200 złotych w autostradowa winietę. To był błąd. Plątaliśmy się po lokalnych drogach (co kilometr rondo, ograniczenie do 40 km/godz., korki), trzy razy dłużej niż przy wyborze płatnej wersji. Na miejsce dojechaliśmy wycieńczeni i już wiemy, że na zdrowiu nie warto oszczędzać.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 
 

 



Zdjęcie: Bartosz Szczepanek