okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2008 >> Górą dookoła, czyli zakład z samym sobą

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Kotlina Kłodzka


Górą dookoła, czyli zakład z samym sobą

Sławomir Bajew
Na przejściu granicznym Nowa Morawa – Stare Město

Bardo Śląskie obrałem na początek i koniec mojego rowerowego objazdu Kotliny Kłodzkiej. Mam jakiś sentyment do tego uroczego i tajemniczego miasteczka, wciśniętego pomiędzy wzgórza a rzekę. Tu jest klasztor redemptorystów, który od bez mała 25 lat jest moim miejscem wytchnienia podczas krótszych i dłuższych wypadów w Góry Bardzkie.

Nie jestem zdeklarowanym zwolennikiem rowerowych zabezpieczeń, a więc tym razem na krótką jedynie chwilę zostawiam rower pod drzwiami kościoła, wpadam przed ołtarz, klękam i powierzam Maryi moje tygodniowe wędrowanie wokół Kotliny Kłodzkiej.
Bagaż wiozłem w jednej sakwie umieszczonej na mocowanym na sztycy siodełka bagażniku i w torbie przyczepianej do kierownicy, z mapnikiem na wierzchu. Z Barda przez przełęcze Łaszczową i Kłodzką dotarłem znanym mi rowerowym szlakiem (czerwonym) w okolice szosy łączącej Złoty Stok z Lądkiem Zdrojem i Stroniem Śląskim, a tu wiedziony po części mapą, a po części intuicją dotarłem do przełęczy Pod Trzeboniem. Moje obawy co do wspinaczki z bagażami okazały się słuszne. Nie byłem zwolennikiem zabrania ze sobą kapci i ręczniczka i zapasu baterii. Przynajmniej taką miałem naiwną nadzieję. Porządnie zziajany, na szczęście nagradzany przepięknymi widokami, gnałem na najmniejszych przełożeniach w kierunku pierwszego zamierzonego miejsca noclegu w Kamienicy. Złapał mnie po drodze deszcz, lecz byłem na to przygotowany. Cud pelerynka opierała się jednak opadowi jakieś pół godzinki. Skapitulowałem pod przydrożnym daszkiem. Prawie zapomniawszy o hamulcach, ruszyłem w dół, w kierunku uzdrowiska. Mała kawka „u wód” w Lądku, a stąd żabi skok (znów w deszczu) do Kamienicy. Ten pierwszy z noclegów znalazłem i zarezerwowałem przez internet. Przytulny pensjonat z widokiem na Masyw Śnieżnika nie był przesadnie obłożony. Przemili gospodarze, z wyrozumiałością potraktowali moją prośbę o specjalne względy dla roweru. Umówiłem się na poranną rozgrzewkę przed moim drugim etapem i słowa dotrzymałem. Pierwszy dzień zakończyłem nierzucającym na kolana kilometrażem (54 kilometrów), ale za to zadowolony z wyboru miejsca noclegu i widoku na Śnieżnik, który kładł mnie spać i budził.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertour”



Zdjęcie: Sławomir Bajew