okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2015 >> W pogoni za sztokfiszem

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Norwegia – Lofoty i Vesterålen


W pogoni za sztokfiszem

Mirosław Pieprzycki
Reine – malowniczo zatopiona pomiędzy strzelistymi szczytami, jedna z najpiękniejszych norweskich wiosek

Chcieliśmy, aby nasza kolejna, po Estonii i Gotlandii, wyprawa rowerowa miała cechy egzotyki. Stwierdziliśmy jednak, że może jeszcze nie nadszedł czas na pozakontynentalne wojaże, więc wrażeń postanowiliśmy szukać nadal w Europie. Wybór padł spontanicznie. Daleka północ. 

Naszym celem stają się obszary norweskiej Laponii, a dokładnie położone daleko za kręgiem polarnym archipelagi: Lofoty i Vesterålen. Kosztem kilku dni urlopu decydujemy się na samochodowo-promowy, alternatywny sposób dotarcia do startu naszej wyprawy. Mamy przeczucie, że będzie to jeden z najbardziej survivalowych wyjazdów. To daleka, podbiegunowa północ, lecz równocześnie obszar zaliczany do rejonów o największych anomaliach pogodowych na świecie. Można trafić na słoneczną, letnią aurę, lecz równie często zdarzają się deszczowe dni.

Sprawnie wyokrętowujemy się z promu w Nynäshamn i na czterech kołach, z rowerami na dachu, jedziemy wzdłuż Zatoki Botnickiej na północ Szwecji. W Utansjö przejeżdżamy przez wiszący most, najdłuższy w Szwecji, liczący 1210 metrów. Mimo że krótszy o 70 metrów od swojego słynnego odpowiednika, wiszącego mostu Golden Gate w San Francisco, z pewnością piękniej jest wkomponowany w skandynawski krajobraz. Podążamy w stronę Umeå. Kilkadziesiąt kilometrów przed miastem postanawiamy zakończyć podróż tego dnia. Spać idziemy po północy, chociaż rozświetlone niebo jakby o tym fakcie zapomniało.

Rankiem delektujemy się pierwszym biwakowym śniadaniem. Kierujemy się w stronę granicy norweskiej, raz w słońcu, raz w deszczu. Wydarzeniem dnia jest pierwsze spotkanie ze stadem reniferów, które niezgrabnym krokiem wkraczają na jezdnię. Na parkingu, pod tablicą informującą, że właśnie przekraczamy linię koła podbiegunowego, przygotujemy szybki posiłek. 

 

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Mirosław Pieprzycki