okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2015 >> Cztery razy bez paszportu

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> na zachód od Szczecina


Cztery razy bez paszportu

Maciej Stachowski
Słup graniczny w Dobieszczynie. W tle pozostałości po zasiekach granicznych jeszcze z czasów NRD

Podczas kilkugodzinnej wycieczki czterokrotnie przekraczam granicę polsko-niemiecką. Zdarza się, że dziurawy chodnik zamieniam na wygodną drogę dla rowerów i z przyjemnością odpowiadam mijanym ludziom na przyjazne „dżen dobry”, wypowiadane z wyraźnym niemieckim akcentem. 

Wycieczki do Niemiec dla szczecińskich rowerzystów (z centrum miasta do granicy jest zaledwie 20 kilometrów) zwykle rozpoczynają się w okolicach Jeziora Głębokiego. Można wówczas wybrać dwie trasy – w kierunku dwóch przejść granicznych: Lubieszyn bądź Dobieszczyn. Ja startuję w Dobieszczynie – gdy tylko dojeżdżam do Głębokiego, zeruję licznik i ruszam w kierunku Pilchowa, zakładając, że moja trasa będzie pogranicznym slalomem z północy na południe. 

Od początku towarzyszy mi droga dla rowerów (niestety z kostki, a nie asfaltowa), którą obok pędzących samochodów bezpiecznie można dotrzeć do Pilchowa, a następnie Tanowa. Po obu stronach otulają mnie lasy Puszczy Wkrzańskiej. Z Tanowa mam rzut beretem do rezerwatu ornitologicznego Świdwie, zlokalizowanego nad jeziorem o tej samej nazwie. Z wieży widokowej we wsi Bolków można obserwować między innymi żurawie, wilgi, bataliony albo po prostu delektować się ciszą. Jednak moja trasa biegnie w nieco innym kierunku. Od granicy w Dobieszczynie dzieli mnie 11 kilometrów płaską, dwupasmową asfaltówką. Na szczęście samochodów na niej niewiele, a częściej niż cztery koła można spotkać tu grupy kolarskie, które upodobały sobie tę trasę jako miejsce treningów. Przejechanie tego odcinka zajmuje mi około pół godziny. 

Blisko przejścia granicznego słyszę strzały. Nie czuję się przestraszony, że to napad rabunkowy lub zamach terrorystyczny, gdyż wiem, że kanonada dochodzi z położonej niedaleko drogi strzelnicy. 

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Maciej Stachowski