okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 9/2015 >> Od celu ważniejsza droga

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Od celu ważniejsza droga

Weronika Leczkowska

Bardzo rozbawiło mnie, Sławku, Twoje wzruszenie nad kobiecym pedałowaniem – cóż w tym innego i bardziej godnego podziwu od tego męskiego? Coś nadzwyczajnego? Czy wzruszył Cię fakt, że od garnka i niańczenia dzieci czasami się odrywamy? Równie wzruszające jest więc męskie odrywanie się od pilota i gazety…

Siedzę właśnie przed komputerem mocno obolała – skuszona wizją organizowanego w Twoich wielkopolskich stronach ultramaratonu, wystartowałam na straszliwym dystansie 500 kilometrów. I mimo że dojechałam ostatnia, jestem szczęśliwa – docierając do mety, pokonałam siebie i swoje dotychczasowe rekordy drogi. Boli mnie wszystko – od nóg, przez plecy, po głowę. Nie zapominając o pewniej pośredniej części ciała, która mówi mi, że zamiast siedzieć, mogłabym się już położyć. 

Jadąc w takich długodystansowych zawodach, trzeba jechać z GPS-em po wyznaczonej wcześniej trasie. Wystarczy więc zerkać od czasu do czasu w to magiczne urządzenie i w zasadzie nie ma możliwości zagubienia się. No, chyba, że padną baterie. Wtedy trzeba zacząć ręczną nawigację, czyli wyciągnąć mapę. No, a z tym to już faktycznie bywa u mnie różnie… Mimo że doskonale wiem, jak wyznaczyć w plenerze północ, mimo że świetnie czytam mapę, zwykle jadę w kierunku przeciwnym do zaplanowanego. Tak, brakuje mi orientacji w terenie. Zastanowić by się jednak należało, czy to wada, czy zaleta.

Od zawsze podróżowałam z mapą i kompasem. Wyznaczałam sobie cel i drogę. Do celu udawało mi się często dotrzeć, ale droga, jaką pokonywałam, była zwykle dwa razy dłuższa, niż ta zaplanowana. Błądziłam, ale też często specjalnie zmieniałam trasę, gdy ścieżka w kierunku przeciwnym od zaplanowanego wydawała mi się znacznie piękniejsza. Bo – jak dobrze wiemy – do celu ważniejsza jest sama droga.

Kilka lat temu w trosce o dobro rodziny (często błądzącej wraz ze mną) mój mąż kupił mi mały GPS. Żebym się nie gubiła, żebym była bezpieczna. A ja zamiast się ucieszyć, zmartwiłam się. Bo tak naprawdę błądzenie jest tym, co w podróży uwielbiam. Pozwala mi dotrzeć do absolutnie przypadkowych miejsc, które potrafią zachwycić. 

Mój GPS nazwałam Garnier i z pewną niepewnością zamontowałam na kierownicy roweru. Szybko jednak okazało się, że mój nowy towarzysz kocha przygodę nie mniej ode mnie – zamiast trzymać się gładkich szos, wyznacza mi trasy przez bagna, piachy, ciemne lasy i zapomniane wsie. Został więc moim najlepszym przyjacielem w podróży.

Błądzę właśnie myślami w czasach, kiedy pierwszy raz zagubiłam się w drodze. Tak, to musiało być prawie 40 lat temu. Rodzinna wyprawa w Bieszczady, które są miłością mojej mamy. Szliśmy sobie spokojnie szlakiem i nagle… szlak zniknął. Mimo zerkania na mapę i kompas, kompletnie nie było wiadomo, w którą stronę należy się udać. Zrobiło się ciemno, zaczął padać deszcz. I właśnie wtedy po raz pierwszy w życiu poczułam, że świat jest przepiękny, naprawdę wielki i nieznany, a przygoda może spotkać mnie wszędzie. Muszę jej tylko na to pozwolić…

Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl.