okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 8/2015 >> Sama, ale nie samotna

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Sama, ale nie samotna

 
Lato w pełni, gorąco. Do szczęścia brakuje mi tylko dwumiesięcznego urlopu (a mówiła mi kiedyś mamusia, żebym kontynuowała tradycję rodzinną i została nauczycielką – miałabym teraz pewnie zszargane nerwy, ale długi urlop rowerowy doprowadziłby mnie do porządku). Tak więc po wykorzystaniu dwóch tygodni urlopu na wyprawę rodzinną pozostają mi krótkie weekendowe wypady. 
Dzieci na obozach i koloniach, mąż poluje na dobre kadry gdzieś w plenerze. Biorę więc rower i ruszam, gdzie oczy poniosą. Czasami wracam na noc do domu (szczególnie jak pada), czasami nocuję gdzieś na skraju drogi lub w leśnym paśniku. Im bardziej ekstremalnie, im większy wysiłek, tym szybciej zapominam o kłopotach i prawdziwie wypoczywam. Czasami do wyczyszczenia głowy potrzebuję przejechać ciągiem sto kilometrów, czasami dwieście. Kilka razy zdarzyło mi się nawet przejechać i trzysta...
Tu chciałabym powrócić do pytania Sławka Bajewa w lipcowym felietonie: „co w kobiecych sakwach?”. Na takich weekendowych wypadach naprawdę niewiele – bielizna, śpiwór, kurtka przeciwdeszczowa, ciepła bluza. Tego lata minimalizuję potrzeby – kawę piję na stacji benzynowej, a ręce z potu i smaru doczyszczam piachem. Oczywiście mam też ze sobą zestaw naprawczy do roweru, z którego potrafię skorzystać przy wymianie dętki czy obluzowanym siodełku. Ale tak naprawdę mój rower z racji wieku (jest pełnoletni i odpowiedzialny) nie psuje się w zasadzie wcale. 
Wszyscy myślą, że jestem typem samotnika, bo lubię jeździć sama. Jakże to mylne! Uwielbiam podróżować sama – nie muszę dopasowywać się do niczyich nastojów i rytmów. Mogę w dowolnym czasie zatrzymać się, położyć na łące, zmienić plany lub też w ogóle żadnych planów nie mieć. Ale w moich podróżach, nawet tych krótkich, mam zawsze wokół siebie ludzi. Tych chwilowych, poznanych pod sklepem czy na drodze, i tych, którzy goszczą mnie w swoich domach na dłużej niż chwilę. Niektóre znajomości są przelotne, do niektórych trafiam częściej. Takich podróżnych znajomych mam naprawdę wielu. 
Gdy jadę na wschód od mojego domu, zajeżdżam do pani Jadwigi – cudownej, pogodnej osoby mieszkającej w małej chatce pod Tarczynem. Poznałyśmy się dwa lata temu, gdy w pewien upalny dzień (widząc mnie spoconą i wymęczoną) wyniosła mi przed dom kompot własnej roboty. Ta starsza pani żyje samotnie, skromnie, ale z wielką pogodą ducha. I tego entuzjazmu do życia (niezależnie od tego, jakie ono jest) się od niej uczę. 
Gdy jadę na północ, pod Inowrocławiem odwiedzam mojego wujka, który z powodu choroby od lat spędza życie w izolacji od świata. Pobyt u niego przypomina mi, jak cenna jest wolność. 
Gdy jadę na południe, w małej wsi pod Tomaszowem odwiedzam cudowną wielodzietną rodzinę Marii i Karola. Mają siódemkę dzieci i w nich odnajdują swoje szczęście. Od nich uczę się miłości i cierpliwości.
Gdy jadę na zachód... 
No właśnie, Sławku: mieszkasz na zachód ode mnie, a my się jeszcze nie znamy. Może więc, korzystając z lata, umówimy się „rowerowo” w połowie drogi między naszymi miastami na mrożoną kawę? Każde z nas pokona 150 kilometrów w jedną stronę. A potem zrobimy wyścig: kto pierwszy w domu… 

Weronika Leczkowska – przeciętna kobieta. Ma normalny dom, rodzinę, odpowiedzialną pracę. Jednak gdy wsiada na rower, dostaje skrzydeł wolności i szaleństwa. Swój świat opisuje na blogu www.wronabezogona.pl. 
 


Zdjęcie: Weronika Leczkowska