okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2015 >> Trzy kreski na mapie

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Narwiański Park Narodowy


Trzy kreski na mapie

Marek Rokita
Kładka Śliwno – Waniewo – ponad kilometr jazdy przez szuwary i cztery koryta Narwi.
Z podlaskich najmłodszy, najmniejszy, najmniej popularny, najrzadziej odwiedzany. I ze wszystkich w Polsce ma najmniej szlaków dla rowerzystów. I bardzo chcieliśmy go zobaczyć. 
 
Te trzy kreski pamiętam jeszcze z map, które studiowałem jako dziecko. Już wtedy zastanawiałem się – o co tu chodzi?  
I w którymś momencie pomyślałem, że za tym musi się kryć coś niezwykłego. Ostateczne potwierdzenie otrzymałem w 1996 roku, kiedy utworzono Narwiański Park Narodowy, chroniący niezwykły system hydrologiczny, bagienną roślinność i faunę.  I od czego tu zacząć? No bo chyba nie od pociągu relacji Szczecin – Białystok, który na dwie godziny utknął pod Warszawą, bo prądu w trakcji zabrakło. Chyba też nie od mojej tylnej opony z wkładką antyprzebiciową, która co prawda miała już trochę przejechanych kilometrów, ale też logo czołowej firmy, a mimo to wybuchła z hukiem dwa kilometry po wyjechaniu z domu. 
– Jedźcie sami na dworzec, ja was dogonię!  Czułem się jak ostatnia sierota. Obładowany rower, wielka dziura w bieżniku i pół godziny do odjazdu pociągu… Tramwaj? To rozwiązanie wydawało się najlogiczniejsze, ale po pierwsze – nie miałem biletu, a po drugie – z przystanku na peron jest tak daleko, że i tak pewnie bym nie zdążył, a tylko zniszczył obręcz. Zaklajstrowałem więc dziurę od środka, wzmocniłem taśmą izolacyjną, wymieniłem dętkę i napompowałem tak, żeby i ta nie wybuchła, ale też żeby obręcz nie dobiła do powierzchni jezdni. I pojechałem ulicą, a nie ścieżką rowerową. I spocony wpadłem w ostatniej chwili na peron. Jak w dobrym amerykańskim thrillerze. Albo melodramacie, jak kto woli. Zacząłem więc jednak od wybuchowej opony. To niedobrze, bo przecież z całej wyprawy to było najmniej ważne. Chociaż z drugiej strony… 

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”


Zdjęcie: Marek Rokita