okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2015 >> Apetyt rośnie w miarę jeżdżenia

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Gruzja


Apetyt rośnie w miarę jeżdżenia

Małgorzata Kotarba
Przełęcz Zagar (2626 m n.p.m.)

Bagaż staramy się ograniczyć do minimum, aby zmieścić go w dwóch sakwach. Do końca nie wierzę, że uda nam się spakować rowery do kartonów. Rafał chyba wyobraża sobie to wszystko lepiej niż ja.   

Kartony organizujemy parę godzin przed zamknięciem sklepu rowerowego. Jakimś cudem cały nasz ekwipunek udaje nam się zapakować w dwa pudła i umieścić w bagażniku samochodu. Spod Krakowa na lotnisko w Katowicach dojeżdżamy w samą porę. Później następuje magiczne przeniesienie w czasie i nie tak znów bladym świtem znajdujemy się na upragnionej gruzińskiej ziemi. Lotnisko szybko pustoszeje. Zostaje nasz wędrowny majdan z rowerami na czele oraz sympatyczna młoda Estonka. Dziewczyna długo i chętnie opowiada o trasie, którą zamierzamy pokonać, bo niedawno ów odcinek przemierzyła sama. Powiało optymizmem, ale i grozą, bo w okolicy Mestii napadnięto ją, obrabowano, co w połączeniu z niemożnością realizacji przez nią wszystkich górskich celów (na które wpływ miała już pogoda, nie zaś złodziej) rzuciło cień na idealistyczne wyobrażenia o Gruzji. 
 Początek wyprawy jest trudny, ale bynajmniej nie przez warunki, raczej z powodu niewyspania. Trasę na dzień pierwszy zaplanowaliśmy wręcz idealnie. Ciepło, płasko, może nieszczególnie malowniczo, ale na razie można jeszcze przymknąć oko na takie niedogodności. Tym bardziej, że fantazja nas nie opuszcza i zamiast gnać główną drogą Zugdidi – Mestia, zapragnęliśmy dróg iście prowincjonalnych, spokojnych i malowniczych, czyli Choni – Martwili – Dżwari i niewątpliwie zasługujący na osobne wyróżnienie kanion Gachedili. Trochę daje nam w kość ta prowincjonalność dróg i cieszymy się z płaskiego, choć niemiłosiernie kamienistego terenu nad rzeką.  Budzą nas krowy. Nie pierwszy i z pewnością nie ostatni raz próbują się wedrzeć do namiotu, zabierają się za nasze śniadanie. 

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
  
 


Zdjęcie: Małgorzata Kotarba