okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 5/2015 >> Wyspa na długi weekend

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Bornholm


Wyspa na długi weekend

Karol Trojanowski
Nylars Kirke – jeden z czterech rotundowych kościołów obronnych
Kolorowe wioski rybackie, piękne plaże, najsmaczniejsze wędzone śledzie nad Bałtykiem i idealnie przygotowane trasy rowerowe, czyli Bornholm w pełnej krasie. Wyspa, którą każdy szanujący się rowerowy wagabunda powinien odwiedzić przynajmniej raz w życiu. 
  
Siadamy w fotelach na dolnym pokładzie katamaranu „Jantar” i czekamy na wypłynięcie z kołobrzeskiego portu. Okazuje się, że nie tylko my wpadliśmy na pomysł, aby długi czerwcowy weekend spędzić na Bornholmie. Wszystkie miejsca siedzące są zajęte, a zewnętrzny pokład kompletnie zastawiony ponad setką rowerów. Tylu polskich sakwiarzy w jednym miejscu jeszcze nie widziałem. Dobrą godzinę trwało pakowanie jednośladów przez obsługę statku. Każdy rower kolejno wjeżdżał na pokład po specjalnej szynie, po uprzednim zeskanowaniu biletu właściciela. 
Poranne niebo pokrywają granatowe chmury, niewróżące niczego dobrego. Prognozy są zresztą fatalne: ma solidnie wiać i padać, spodziewane są także burze. No cóż, bilety na rejs kupiliśmy już wcześniej, noclegi zarezerwowaliśmy, może nie będzie tak źle, tym bardziej, że śpimy w hotelach. Gdy katamaran odbija od brzegu, zjawia się oficer pokładowy i rozdaje wszystkim pasażerom plastikowe woreczki. – Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś źle się poczuł. Oczywiście, wiem, że wszyscy z was to wilki morskie – mówi i z uśmiechem wciska worek sąsiadowi z prawej. My też dostajemy woreczki na „w razie czego”.  
Czarny scenariusz zaczyna się ziszczać już po niecałym kwadransie. Nasz stateczek, wypłynąwszy na pełne morze, rozpoczął mozolną walkę z silnym, zachodnim wiatrem i falą. W oknach pojawiają się na przemian zielone morze i granatowe niebo, w stałej amplitudzie i cyklu kołysania statku. Całe szczęście, że z konieczności wczesnej pobudki nie zdążyliśmy zjeść śniadania i nasze żołądki są puste. 
 
Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 
 


Zdjęcie: Karol Trojanowski