okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 3/2015 >> Słodkie kłamstewka w cenie noclegu

nowości

Widelec na opak

RST powraca do produkcji amortyzatorów typu upside-down, w których golenie dolne wsuwają się w górne. Jest to rozwiązanie,... »

Bikepacking z Crosso

Na razie ostrożnie, ale marka Crosso pojawia się w światku bikepackersów za sprawą kolekcji Zipper, na którą jak do tej pory... »

Extrawheel nowej generacji

Extrawheel to znana nie tylko polskim podróżnikom rowerowym nasza rodzima firma oferująca unikalną, jednokołową przyczepkę rowerową. Od... »

Powrót kosmitów

Topeak zaprezentował kolejne wcielenie swojego najbardziej wszechstronnego multitoola. ALiEN™ S (ang. obcy) posiada aż 31 funkcji, więc... »

Bycze manetki

Shimano Metrea, czyli topowa grupa osprzętu przeznaczona dla cyklistów miejskich i cykloturystów ma w swojej kolekcji wiele ciekawych... »

poradniki

Nie trać głowy

Niespełna trzy centymetry. Taką w przybliżeniu mają grubość ścianki większości rowerowych kasków. Tak niewiele i aż tyle chroni... »

Na szlaku >> z Łowicza do Bratysławy


Słodkie kłamstewka w cenie noclegu

Michał Grzejszczak
Słowacki Pałac Prezydencki prezentuje się doskonale z każdej strony. Warto odwiedzić jego ogromny park

Od 24 godzin mam urlop, Zuzę za 12 godzin czeka ostatni egzamin w sesji. Ile w sumie mamy czasu? Nie wiadomo. Wystarczy jeden telefon i będę musiał wracać do pracy, a tego bym nie chciał, bo sprzęt już uśmiecha się do mnie z kąta pokoju. Domyśla się, że o 4.15 ruszamy do Częstochowy. Wie też, że Częstochowa to dopiero pierwszy etap naszej wspólnej podróży.

 

Ostatnie dni czerwca. Świta około wpół do piątej, czyli wtedy, kiedy nocne marki właśnie kładą się spać. Moje oczy jednak od godziny są już szeroko otwarte, a w nogach mam jakieś 15 kilometrów. Dzień wcześniej telefonicznie ustalamy z Zuzą plan działania. Ona w Poznaniu zalicza egzamin, a ja wyjeżdżam po nią na dworzec do Częstochowy. Zanim zrozumiem, ile to 183 kilometry, akceptuję zasady tej nierównej gry. Pal to licho! Umowa jest umową, a tych należy przecież dotrzymywać. O godzinie 17 pociąg z Poznania wjedzie na dworzec. Wjedzie, a ja mam już tam być. Być, czuwać, czekać i witać. Żywy lub martwy. Wsio ryba.

W sumie 183 kilometry to nie jest jakiś wielki wynik. Kolarze w wyścigach jeżdżą znacznie dłuższe dystanse. Jeśli jednak na rower zapniemy spakowane sakwy, jeśli dorzucimy do tego 34 stopnie Celsjusza i ustalimy sobie deadline, będący w zasadzie na styk z naszymi najlepszymi prognozami, to góra, przed którą staniemy, wcale nie będzie wydawać się nam taka niska. Poza tym nigdy nie lubiłem jeździć jak wariat. Dla mnie mija się to z celem. Nie widzisz nic więcej prócz drogi, nikogo nie spotykasz, jesteś sam jak palec, a do tego tyłek boli cię od ciągłego siedzenia. Wiesz doskonale, że mijasz ciekawe miejsca, pegeery, stawy i bajora, dzikie zwierzęta i masę historii, jakie po drodze czekają tylko na to, aby wryć ci się w pamięć. Ale nie! Ty jesteś dzielnym żołnierzem, masz klapki na oczach i jedziesz. 


Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”
 

 

 



Zdjęcie: Michał Grzejszczak