okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 2/2015 >> 2/2015 >> Młotkiem w łeb

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Młotkiem w łeb

Sławomir Bajew
 

Podczas jednego z telefonicznych radiowych konkursów, jakie codziennie prowadzę w rozgłośni, w której pracuję, jeden ze słuchaczy nie zajął się udzielaniem odpowiedzi na postawione pytanie, ale za to rzucił w słuchawkę cenną myśl skierowaną pod moim adresem. Myśl tę odnotowali inni słuchacze i zaczęło się komentowanie nie tylko celności rady udzielonej mi przez owego słuchacza, ale i stosowności tejże. Rada była krótka i bardzo konkretna. Zawierała dokładne instrukcje. Otóż na pytanie, co mamy w studiu (bo tego dotyczyła zabawa, tzn. ja udzieliłem kilku podpowiedzi, a odbiorcy programu próbowali zagadkę rozwikłać – klasyka), słuchacz ów udzielił mi rady: „A walnij się pan w łeb młotkiem”! Przy czym zaznaczę, że sugestia, jakobyśmy w studiu właśnie młotek mieli, była sugestią typu „kula w płot”. Napadanie na tego, zapewne niezbyt komfortowo czującego się od rana człowieka, dość szybko uciąłem, zwracając się z prośbą do uczestników konkursu, aby już do sugestii pana się nie odnosili, bo (nie powiem, że nie sprawiło mi to przyjemności) wszyscy pozostali byli tą radą oburzeni. Nie miałem młotka w studiu, choć pewnie znalazłoby się pod ręką przynajmniej kilka przedmiotów, którymi mógłbym się w łeb (choć przeważnie się w studiu przydaję) walnąć. I wiecie, że nie sądziłem, jak szybko przyjdzie mi z rady słuchacza jednak skorzystać. Nie, nie! Łeb oszczędziłem, lecz po kolei.
Miałem na ten dzień po południu zaplanowaną wymianę amortyzatora rowerowego (to on był bohaterem radiowej zagadki) i wiecie, że młotek się przydał!? Amortyzator nabyłem drogą kupna przez internet. Za niecałe dwie stówy, dzięki niesamowitemu fartowi kolegi Darka zdobyłem powietrznego RS-a. Koleżanki i koledzy w radiu musieli po kolei wysłuchiwać moich zachwytów nad nowym nabytkiem. Prezentowałem zalety szczęśliwego zakupu, uginając go pod ciężarem ciała i piejąc nad nieco tylko ponadpółtorakilogramową wagą. W domu jednak okazało się, że amortyzator oprócz tego, że mój, że prawie nowy, że lekki i powietrzny, ma też ciut za krótką sztycę, co poważnie skomplikowało czynności przy prostej – jak mniemałem (a przynajmniej za taką uważanej) – wymianie amortyzatora. Żeby oszczędzić Wam twardych, żołnierskich i w części wulgarnych słów, jakie wydobywałem z siebie, próbując poradzić sobie z problemem, jaki się pojawił z racji zbyt długiej główki i za krótkiej sztycy, powiem tylko, że młotek, którego użycie z rana zalecił mi słuchacz, okazał się narzędziem przy tej czynności i niezbędnym, i przede wszystkim przydatnym. Najpierw bez użycia często dziś wspominanego narzędzia wymontowałem stary amortyzator. Z satysfakcją zauważyłem, że nowy jest kilogram lżejszy. Z troską i uważnością poukładałem podkładki, redukcje i łożyska w kolejności występowania przy starym amorku, po czym zabrałem się do montażu nowego. Z żalem stwierdziłem zbyt krótki fragment rury wystającej ponad główkę ramy i natychmiast zaprzyjaźniłem się z wujkiem Googlem, by udzielił mi porady, jak ten problem rozwiązać. Spawanie odpadało, kombinowanie z główką też, więc pozostało tylko zastosowanie redukcji, po którą udałem się do Wrocławia przy okazji wizyty u przyjaciół. Po powrocie, pełen zapału i dobrych myśli, przystąpiłem do sfinalizowania rozpoczętej dwa dni wcześniej operacji. Młotkiem operowałem kilkanaście minut, klnąc siarczyście, że redukcja, choć w sklepie pasowała, teraz jest z innej bajki. Potem było kilkanaście oddechów. Potem jeszcze jedna próba i w końcu finałowe walnięcie młotkiem w łeb (a właściwie główkę) ramy i bezradne finałowe przekleństwo. Rower wylądował w warsztacie, a ja pomyślałem o słuchaczu: prorok jaki czy co?

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.