okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2014 >> Niebiańskie wakacje świętych

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na szlaku >> Roztocze


Niebiańskie wakacje świętych

Michał Grzejszczak
Andrzej mógłby być roztoczańskim przewodnikiem rowerowym. Zna wiele skrótów i mnóstwo lokalnych historyjek

Lublin wita mnie chmurami i Służbą Ochrony Kolei. Moja radość, że oto rozpoczynam wyprawę, trwa nie dłużej niż trzy minuty. Za przejście z wielkogabarytowym bagażem w niedozwolonym miejscu mundurowi częstują mnie mandatem w wysokości 50 złotych. Nie pomagają tłumaczenia i uśmiechy. Budżet mojej czterodniówki obcięty zostaje o jedną trzecią.

Lublin odwiedzałem niejednokrotnie. Od razu więc obieram południowy kierunek. Bez kolejnych kłopotów (choć w złości i nerwach) opuszczam miasto, wybierając najprostszą drogę, by dostać się na Roztocze. Wojewódzka szosa nr 835 prowadzi mnie na Wysokie, skąd po niespełna 50 kilometrach uciekam na Turobin i dalej na Radecznicę. Drogi nie polecam. Choć wyjazd z Lublina jest do zniesienia, ruch niewielki, same zmieniające się krajobrazy to stanowczo za mało. Wolę urozmaicenia, jakieś ciekawostki, zagwozdki, spotkania. Tu było ich jak na lekarstwo.
Dopiero kiedy docieram do Radecznicy, coś pęka. Z wielkim hukiem i w niezłym stylu. Godzinę później miało już zmierzchać, mój nocleg stał pod znakiem zapytania, a mnie spod bogato zdobionej bramy dzieliło od klasztoru wytarte, wydeptane przez setki tysięcy, o ile nie miliony, pielgrzymich stóp, 137 schodów. Schodów, które od XVII wieku pokonują wierni udający się do sanktuarium słynącego z cudów i wizerunku św. Antoniego.
Roweru na górę na szczęście nie trzeba dźwigać. Wjeżdżam brukowaną drogą wzdłuż klasztornego muru, podziwiając przy okazji z ciekawej perspektywy wielkość i grację dwóch górujących nad okolicą wież, stanowiących przez trzy stulecia punkt charakterystyczny okolicy. Fakt, nie miałem pomysłu na wieczór. Myślałem o dotarciu do Szczebrzeszyna, brałem pod uwagę nocleg w przygodnie spotkanej agroturystyce albo rozbicie namiotu w jakimś ustronnym lasku na górce.

Więcej: czytaj w numerze „Rowertouru”



Zdjęcie: Michał Grzejszczak