okładka
okładka
strona główna w numerze kluby rowerowe kalendarium forum razem na rower galeria czytelników w następnym numerze regulaminy konkursów archiwum o nas redakcja reklama prenumerata sieć sprzedaży

skomentuj »
n.p.m.
partnerzy

trasymasy.pl

sportportal.pl

twojmedyk.pl

Reklama

pierwszy rower
strona główna >> 11/2014 >> 11/2014 >> Zabrał się ze mną wirus

poradniki

Nim będzie za późno

Zapewne pamiętacie te chwile, gdy Wasz rower był zupełnie nowy.  Jego lśniący lakier jeszcze nie nosił śladów po przebytych... »

Na finiszu


Zabrał się ze mną wirus

Sławomir Bajew
 

Zaprawdę, zaprawdę myślałem, że wybieramy się na wyjazd rowerowy we trzech. Tak było ustalone od miesiąca, a nawet dwóch, a nie jestem pewien, czy nie od trzech. Jeden tydzień, dwa samochody, trzech facetów, cztery stówy za kwaterę, pięć rowerów i pal sześć wszystko inne na ten czas! Więc najważniejsze, że mieliśmy być we trzech w górach, które co roku na jesień obieramy za miejsce wstępnego pożegnania sezonu. Wszyscy lubimy góry, choć nie wszyscy w jednakowym stopniu. Pan P. bardzo, pan D. ciut mniej, a pan S. fanatycznie za nimi przepada i najchętniej związałby się z nimi zawodowo i życiowo, by nigdy ich nie opuszczać. Oczywiście aż do chwili, gdy nastanie kres: ich lub jego.
I ruszyliśmy w góry. Daleko mamy, więc wcześnie ruszamy. Jednym samochodem jeden z jednej strony Polski, a z drugiej strony dwóch drugim samochodem. Wszystko wygląda na to, że jedzie nas trzech. Uwielbiam ten czas, uwielbiam roznamiętniać się potencjalnością czekającego nas rowerowego święta. Wspinaczki wspaniałe, uskoki z kamiennych i korzennych progów, trawersy pełne wiatru i łez od pędu, szumiące przestrzenie, pluchy, błotniste kipiele wysoko położonych bagnisk. To wszystko jeszcze świeże w pamięci z lat poprzednich i już gotowe oszołomić nowością tegoroczną. Tymczasem wziuuuu, wziuuuu, wziuuuu, mijają nas samochody, bo my zgodnie z przepisami jedziemy, ale w głowach już górskie plany. Jak będzie tym razem? Świetnie! Super! Jezu, jak się cieszę! I zjeżdżamy się, i cieszymy, i gdzie jedziemy jutro z rana? Zobaczymy... Nic na siłę... Dobranoc...
Dobranoc nie wystarczyło, żeby zasnąć. Czuję, że tu ze mną ktoś jest. A mieliśmy tylko we trzech być. Nie, nie, nie teraz! O ja cię! Czy to możliwe? Możliwe, możliwe... Najpierw malutki niepokój, początkowo odległy, jak dla cierpiącego na bezsenność świt, za chwilę rośnie w wyraźny ból czaszki, dreszcz, jedno szarpnięcie kichnięciem, drugie... Po trzecim nie mam już żadnych wątpliwości: zabrał się ze mną wirus! Nie ma ratunku. Do apteki najbliższej 20 kilometrów, środek nocy. Nic, tylko czekać. No i doczekałem. Najpierw brzasku, który nie chciał nastąpić, potem gorączki i dreszczy, złości, bezradności, wreszcie żalu i łez smutku. I następnych dni w łóżku. Mnie, starego chłopa, twardziela górskiego, zmusił do płaczu maleńki wirusik. Pierwszy raz mi się zdarzyło, że zachorowałem na wyjeździe. Czego ma mnie nauczyć to doświadczenie? Jak wielkim jestem zarozumialcem i bufonem, kiedy chełpię się żelaznym zdrowiem i odpornością na wszystkie ebole świata dzięki jeżdżeniu na rowerze? Wielkim, wielkim bufonem, któremu czasem brakuje pokory wobec potęgi gór, małego wirusa i całkiem średniego wypełnionego rowerową pasją życia. Trzymajcie się zdrowo!

Sławomir Bajew – dziennikarz poznańskiego Radia Merkury, prowadzi Listę Przebojów, w paśmie przedpołudniowym prowadzi Babie Lato, jest autorem popularnych kalamburów. Słynie z tego, że do pracy bez względu na pogodę dojeżdża rowerem. Na łamach „Rowertouru” publikuje od pierwszego numeru.
 



Zdjęcie: Sławomir Bajew
 

Parse error: syntax error, unexpected end of file, expecting variable (T_VARIABLE) or ${ (T_DOLLAR_OPEN_CURLY_BRACES) or {$ (T_CURLY_OPEN) in /home/kruszonaol/ftp/rowertour/panel/bbclone/var/access.php on line 164